Marek Bonarski
Prywatyzacja szpitali a sprawa polska
Podczas obecnie trwających wyborów prezydenckich jeden z kandydatów zarzucił drugiemu, że ony chciałby prywatyzować szpitale. Kwestia okazała się tak paląca, że „oskarżony” podał do sądu w trybie wyborczym oskarżającego. Prywatyzowanie szpitali okazuje się tak wielkim złem, że wstyd się do tego przyznać. Gorzej, ktoś kto zaproponowałby na poważnie takie rozwiązanie staje się niegodnym zaufania, wręcz mającym zamiar szkodzić Narodowi. Można więc z tych zachowań wywnioskować, że polskie szpitale są w kwitnącym stanie, zaś pacjent jest tam najwyższym dobrem. Tylko, że ja chyba w takim razie żyję w jakiejś gorszej Polsce…
Pozwolę sobie przytoczyć historię, której całkiem niedawno byłem świadkiem, ba, czynnym uczestnikiem. Opowieść, choć prawdziwa, niewątpliwie jest subiektywna, a zarazem jest przykładem jednostkowym i niewymiernym, jestem tego w pełni świadom. Dodatkowo ja, jako autor tego tekstu z góry zastrzegam, że jestem zwolennikiem prywatyzacji. Proponowałbym, aby każdy kto ma ochotę w komentarzach opowiedział swoje doświadczenia ze służbą zdrowia, wspaniale by było gdyby wychwalały skuteczność państwowych szpitali, a ganiły nieudolność prywatnych – bo moja opowieść jest całkiem odmienna…
A było to tak… Jakiś czas temu moja ciocia, kobieta doświadczona życiem, ale mimo to pełna życzliwości do świata, zaczęła odczuwać bardzo silny ból biodra. Ból był tak intensywny, że praktycznie nie pozwalał się poruszać, zaś dolegliwości nie ustępowały nawet podczas leżenia. Nie było innej rady i trzeba było jechać na ostry dyżur. W szpitalu przyjęto nas gościnnie jak zwykle, kilku palących papierosy sanitariuszy życzliwie przyglądało się jak ciągnę wspierającą się o kuli kobietę, gdyż nie dało się samochodem bezpośrednio podjechać pod sam szpital.
Po standardowym czasie oczekiwania w poczekalni ciocia została przyjęta na oddział chirurgii urazowej. Naiwnością byłoby wierzyć jednak, że sprawa jest załatwiona i wszystko będzie dobrze. Przez dwa tygodnie udało się wykonać w szpitalu trzy (tak, aż trzy) badania, wliczając w to rentgena na izbie przyjęć w pierwszym dniu pobytu. Po upływie tego czasu lekarze znaleźli przyczynę dolegliwości i orzekli, że trzeba chorą wypisać do domu, gdyż dalsze leczenie będzie prowadził lekarz rodzinny. Przy czym zaznaczono, że uraz jest operacyjny, czyli nie da się tego wyleczyć farmakologicznie, czy w inny nieinwazyjny sposób. Oczywiście szpital może pomóc, przecie po to jest, może zoperować ciocię… za półtora roku, gdyż tyle się oczekuje na operację. Czyli, (nie wątpię, że z czystym sumieniem) zaordynowali, aby pacjent spokojnie i godnie cierpiał z bólu przez półtora roku, znosił niewygody, był zdany na łaskę i niełaskę rodziny, gdyż sam wokół siebie nic zrobić nie może!
Cóż było robić. Okazało się, że w okolicy jest sprywatyzowany szpital, który taki zabieg może wykonać. Tydzień później ciocia została przyjęta do szpitala, w ciągu doby wykonano wszystkie niezbędne badania, a następnie przeprowadzono operację. Trzy dni po zabiegu ciocia mogła się samodzielnie, choć wciąż ostrożnie i powoli poruszać i została wypisana do domu. Całość zajęła dokładnie cztery dni. A koszty? Otóż szpital miał podpisaną umowę z NFZ i żadnych dodatkowych kosztów nie ponieśliśmy.
To właśnie z powodu takich historii jestem zwolennikiem prywatyzacji. Bo chcę być leczony skutecznie i szybko. Wszystkim zwolennikom obecnej sytuacji życzę dużo zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze.
Fotografia Polish hospital autorstwa oto-polska blogspot.com opublikowana z Flickr na licencji CC-BY-SA 2.0

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska.




Jestem za prywatyzacją obiema rękoma i nogami. Ci, którzy tak walczą by prywatyzacja nie weszła w życie najwyraźniej nie rozumieją na czym ona ma polegać. Prywatne placówki mają obowiązek dbać o swój sprzęt i miejsce, w którym przyjmują pacjentów, owszem prowadzą gabinety prywatne i na nich zarabiają, ale prowadzą również działalność za porozumieniem z NFZ, dzięki której można bezpłatnie udać się do specjalisty. Od lat leczę się w prywatnej klinice i zawsze byłam zadowolona, przy czym nie wydałam grosza, no chyba że chciałam zostać przyjęta od razu a nie czekać np. tydzień (czasami tyle czeka się do dobrego fryzjera, wiem bo czekałam). Mam tylko nadzieję, że któryś z polityków będzie miał odwagę wprowadzić prywatyzacje w życie, tylko będzie musiał długo i dokładnie wszystko tłumaczyć niedowiarkom (miałam inne słowo na języku, ale się powstrzymałam), a nie każdemu może starczyć na to sił.
Prywatyzować czy nie prywatyzować to kwestia oczywiście dyskusyjna.
Znam nieco sprawę z punktu widzenia drugiej strony czyli lekarzy. Generalnie ich daniem, winę za fatalny stan służby zdrowia ponosi system jej finansowania w formie spartańskich kontraktów z NFZ i ogólnej skąpej puli środków przeznaczonych na świadczenia medyczne. Tak zwane prywatne ośrodki to jednostki samofinansujące (idziesz, wyciągasz kasę i masz świadczenie), a nie niepubliczne ZOZ-y (prywatne, ale bazujące głównie na wynegocjowanym z NFZ kontrakcie), które swoją nadspodziewanie dobrą sytuację ekonomiczną zawdzięczają oszczędzaniu na pacjencie (kosztownych konsultacjach specjalistycznych itp.). Generalnie nie ma jednej, słusznej recepty na (paradoksalnie) chorobę służby zdrowia.
Jestem zdania, że dobrym rozwiązaniem byłoby pozostawienie istniejących publicznych placówek w obecnej formie, a w ramach dodatkowych świadczeń mogą przecież istnieć prywatne kliniki, przychodnie, gabinety czy szpitale oferujące swoje usługi na odpowiednim do ceny świadczenia poziomie. Pozwoliłoby to na zwiększenie konkurencyjności na tym rynku, a także na ominięcie kolejek osobom chcącym z własnej kieszeni dofinansować swoją opiekę zdrowotną. Przecież normą w naszym kraju stało się korzystanie z usług prywatnych gabinetów stomatologicznych, z czego korzystam także i ja, dlaczego więc inne świadczenia medyczne nie miałyby być dodatkowo płatne?
Idąc tą metodą – nie byłoby systemu obowiązkowych dopłat, a jednocześnie powstałaby szansa na ominięcie kolejek. Podkreślę jednak, że niepubliczne ZOZ-y bazujące również na kontraktach z NFZ borykają się z takim samym jak publiczne problemem niedofinansowania swojej działalności (choć niektóre niepubliczne jak i publiczne ośrodki funkcjonują przecież znakomicie). Prywatna służba zdrowia jednoznacznie wiąże się z głębokim sięgnięciem do własnej kieszeni i wysupłaniem dodatkowych złotówek na podniesienie standardu świadczeń zdrowotnych. Omijanie kolejek dałoby się również zrealizować w publicznych placówkach idąc drogą dodatkowo płatnej ścieżki ”omijania” już zapisanych pacjentów, ale nie wiem jakby to przyjęli chorzy z ograniczonym budżetem, którzy byliby zepchnięci na margines czyli koniec kolejki.
Generalnie reforma służby zdrowia to bardzo trudny temat. Niby jest wiele pomysłów, ale jest też silny opór społeczny, a przede wszystkim nikt nie traktuje tego problemu śmiertelnie poważnie i nie chce rzetelnie zreformować tego resortu dla dobra społeczeństwa.
Przypomnę tu historię Kas chorych, które miały być samodzielne, czyli nie zarządzane centralnie. Ślaska kasa chorych radziła sobie całkiem przyzwoicie, wprowadziła karty chipowe (które w Polsce pojawiaj się dopiero teraz) i wyrobiła nawet zysk. W „nagrodę” jej dyrektor został zwolniony, a zysk zdobyty przez Kasę został podzielony między Kasy które sobie nie radziły. W Polsce promuje się nieudacznictwo a karci gospodarność i dlatego mamy to co mamy.
Widzisz, rzecz w tym, że służba zdrowia z założenia jest DEFICYTOWA i nie może przynosić zysku! Całość pieniędzy zakontraktowanych powinna być wykorzystana na świadczenia medyczne, sprzęt, modernizację placówek, remonty, poszerzanie zakresu świadczeń itp. itd. Jeżeli pada stwierdzenie „wypracowała zysk” to można jedynie domniemywać jak to osiągnięto – kosztem pacjentów.
Kasy chorych rozliczały się z placówkami zdrowotnymi na podobnych co NFZ, czytaj patogennych zasadach – dajemy wam kontrakt na przykładowo milion złotych i musicie za te pieniądze przyjąć tyle pacjentów (wykonać świadczeń, utrzymać placówkę) na ile wystarczy wam pieniędzy. Co z pacjentami, że tak się wyrażę „ponadprogramowymi”? Ano tutaj NFZ i kasy już nie precyzują. Na ulicę? NIE! Szpital przyjmuje na własny koszt ZADŁUŻAJĄC SIĘ PO USZY, bo nie może zostawić pacjenta na pewną śmierć. Nie chcę w szczegółach pisać jak to dokładnie działa, ale faktem jest, że ten patologiczny system wygenerował zasadę – zaoszczędzisz na pacjencie, to będziesz miał w kieszeni. Tzw. dobre niepubliczne szpitale / kliniki bardzo często po prostu ograniczają liczbę pacjentów by zmieścić się w zakontraktowanych kwotach, dodatkowo unikając wszelkich świadczeń ekstra, czyli takich, których nie mogą wykonać u siebie przy pomocy własnego personelu i sprzętu – nietypowe zabiegi, konsultacje specjalistyczne itp. i za które muszą dodatkowo, często niemało zapłacić. To taka selekcja pacjentów i świadczeń, żeby ładnie wyglądało w ”papierach”, a zadłużać się przecież mogą zakłady publiczne…
Znam z praktyki nawet taki przypadek, że w momencie konieczności wykonania niestandardowych, specjalistycznych badań czy konsultacji, niepubliczny zakład wciskał pacjenta publicznemu szpitalowi rzekomo w trosce o dobro chorego, a w rzeczywistości przerzucając koszty na i tak już zadłużony miejski szpital.
Kolejki na zabiegi operacyjne czy do lekarzy specjalistów są efektem tych samych czynników – ograniczony budżet świadczeń i tym samym mała, roczna liczba tego typu świadczeń. Ewidentnie ujawnia się tutaj nadwyżka popytu (oczekiwania pacjentów) nad podażą (możliwości placówek medycznych), a wszystkiemu winne jest NIEDOFINANSOWANIE służby zdrowia. Naturalnie Zakładami Opieki Zdrowotnej powinni zarządzać ludzie z kwalifikacjami, ale nawet oni z pustego nie naleją – tak czy inaczej większość placówek (głównie szpitali) będzie się okrutnie zadłużać, a kolejki nie znikną.
Reasumując, jak pisałem, prywatyzacja to sięganie do kieszeni, a nie zmiana samej formy zarządzania jak w przypadku niepublicznych ZOZ-ów. Nie jestem za prywatyzacją, ale jestem za poszerzeniem rynkowej oferty o czysto prywatne podmioty, w których wszelkie świadczenia realizowane będą bezpośrednio ze środków finansowych pochodzących z kieszeni pacjenta, a nie kontraktów z NFZ czy jakimkolwiek jego następcą.
A jeśli zamiast zysk użyję określenia oszczędność? Dla mnie mniejsze znaczenie ma semantyka, a liczy się to że lecząc potrzebujących udało się nie wydać wszystkich pieniędzy ze składek. Fundusze te powinny być jak najbardziej użyte na jakieś inwestycje w ramach Śląskiej Kasy Chorych, bo to były jej pieniądze. Ale ponieważ jak już wcześniej stwierdziłem w Polsce kara się gospodarność, pieniądze zostały odebrane i przyznane nieudacznikom którym nie starczyło funduszy składkowych. Wiec uznajmy że udało się wygospodarować pewne nadwyżki finansowe które w normalnych zostałyby spożytkowane na potrzeby regionalnej KCh, ale „opiekuńcze” państwo postanowiło je przekazać tym co nie umieją o siebie zadbać. W ten sposób opowiedziałem jeszcze raz to samo nie używając niezręcznego i niepasującego tu słowa „zysk”.
To trochę tak jakby mój pracodawca rozdał moją pensję moim kolegom z pracy bo skoro udało mi się uzyskać jakieś oszczędności to trzeba te pieniądze przekazać innym potrzebującym, którzy widocznie piją więcej piwa ode mnie
Zasada pozostaje ta sama, dobrzy gospodarze muszą się pożegnać ze stołkiem, promuje się mierność. Dotyczy to zresztą wszystkich państwowych instytucji (policji, szkolnictwa, itd).
A tak na marginesie, jak się ma to przyjmowanie przez publiczne szpitale wszystkich pacjentów jak leci na własny koszt do mojej ciotki która leżała tam przez dwa tygodnie i się z nią nie działo? To jest nowa forma oszczędności, trzymanie pacjenta na siłę nie pomagając mu, byle tylko państwo za to zapłaciło.
Zysk to faktycznie nietrafione słowo. Co do oszczędności, to pozostaje pytanie, w jaki sposób je wypracowano? Nie znam historii Śląskiej Kasy Chorych więc nie umiem i nie chcę oceniać tamtej sytuacji, ale wiem jak owe oszczędności udaje się wypracować gdzie indziej. Jak wspomniałem, system rozliczeń między budżetem państwa a placówkami generuje sytuację patologiczną.
Co do wartości które promuje się w tym kraju to faktycznie nie są to te, które promowane być powinny. Popularne jest cwaniactwo, nieróbstwo i rozpychanie się łokciami, ale cóż, takie jest rzeczywiste oblicze kapitalizmu i taka jest współczesna Polska – nic nie muszę, a wszystko mi się należy. W służbie zdrowia obserwuje się natomiast to, że pacjenci są coraz bardziej roszczeniowi i bezmyślni, a lekarze coraz częściej niedouczeni i obojętni. Odmóżdżanie to tak na marginesie myśl przewodnia naszej konsumpcyjnej rzeczywistości, ale nie będę tu aż tak daleko odbiegał od tematu. Wśród lekarzy różnie bywa, znam doskonałych, a słyszałem też o takich, którzy raczej nie powinni wykonywać wyuczonego zawodu.
Przypadek twojej cioci wygląda na sytuację w stylu: przyjęto pacjenta, wykonano badania by ustalić przyczynę choroby i z braku bliskiego terminu wykonania zabiegu operacyjnego odesłano do domu. Dyskusyjny jest czas w jakim postawiono diagnozę i ilość wykonanych badań, ale jako że nie jestem lekarzem, nie umiem ocenić czy tak, czy też inaczej powinno się to odbywać. Zapewne uzbrojonym w dokumentację medyczną trzeba by zapytać lekarza z innego szpitala, jak on to widzi. Sprawą budzącą niepokój jest także zaproponowany termin wykonania zabiegu, który może nasuwać pacjentowi pomysł na ”pozaprogramowe” przyspieszenie sprawy, a o takich przypadkach nieraz się słyszało czy czytało. Nie chcę jednak tak daleko zagłębiać się w temat nie będąc uczestnikiem opisanych przez ciebie wydarzeń.
Każdy przypadek (placówkę), lekarza czy pacjenta należałoby ocenić indywidualnie. Na pewno nie należy generalizować i wrzucać wszystkiego do jednego wora na zasadzie – publiczne złe, prywatne dobre. Jedno jest pewne – poprawa jakości opieki zdrowotnej równa się sięgnięciu do kieszeni pacjenta i wątpię aby znalazł się ktoś, kto zrewolucjonizuje ten sektor bez zwiększenia nakładów finansowych. Naturalnie należałoby usprawnić także system kontroli wydatkowania pieniędzy, aby nie przeoczyć marnotrawstwa, które niewątpliwie jest i zapewne długo będzie obecne.
No to dodam od siebie na własnym przykładzie.
Lekarz wypisał zlecenie do szpitala oraz skierowania na odpowiednie badania niezbędne przed podjęciem zabiegu: „Proszę je wykonać przed zgłoszeniem się na izbę przyjęć, wówczas skróci pani pobyt w szpitalu do 2-3 dni”.
Zrobiłam, jak radził.
Niestety, w pokoju czteroosobowym leżałam samotna niczym panisko blisko 2 tygodnie!
Pacjenci radzili zanieść „kopertę”, wtedy zostanę „wzięta od ręki”. Nie zrobiłam tego, bo nic mnie nie piliło, a byłam ciekawa, jak wygląda wymuszanie łapówki i jak długo mogą ciągnąć taką sytuację.
Moje wyniki badań „przedawniły się” i musiałam je wykonać od nowa (zresztą poprzednie robiło to samo laboratorium).
Potem nie miał kto wykonać zabiegu, więc znowu czekali a wyniki znowu zaczęły tracić na ważności.
Wreszcie któryś lekarz zlitował się nad „osieroconą” pacjentką (każdy miał „swoją”).
Po zabiegu wypisano mnie faktycznie w 2 dni.
Tak więc przez 2 dni, to 2tygodnie udzielano mi darmowego wiktu i opierunku.
I szpitale narzekają na brak pieniędzy!
Mój przypadek nie był i nie jest odosobniony. Niestety.
Miało być: Tak więc zamiast 2 dni, to …itd”. Przepraszam za pośpiech
Podobno dniówka pacjenta w szpitalu kosztuje tą instytucję 10 zł, łącznie z żywieniem. Ciekawe ile szpital dostaje z NFZ za pobyt pacjenta w tym „kurorcie”. Pewnie bilans tych dwóch wartości tłumaczy długość „wywczasu”. To się fachowo nazywa gospodarność „hehehe”
Niestety są takie placówki, dlatego też jak pisałem, kontrola obiegu pieniędzy musi być rzetelnie realizowana żeby uniknąć tego typu sytuacji. W obliczu takiej sytuacji tym bardziej kładł bym nacisk na tworzenie niezależnych prywatnych ośrodków zdrowotnych, bo skoro powszechną (nie wszędzie) praktyką jest dopłacanie pod stołem, to czemu pacjent nie miałby iść od razu do prywatnej placówki, gdzie określone świadczenie zostanie wykonane szybko i sprawnie za odpowiednią opłatą?
W ten sposób wracamy do sedna sprawy, prywatna służba zdrowia równa się wyciągnięciu dodatkowych środków z kieszeni pacjenta i tą zależność trzeba sobie przyswoić. Sama zmiana formy własnościowej istniejących placówek z publicznych na niepubliczne ZOZ-y nie rozwiąże problemu, bo braki finansowe jak i patogenny system rozliczeń z NFZ prędzej czy później wszystkie placówki sprowadzi do tego samego, miernego poziomu tj. oszczędzania na pacjencie lub bezsensownego zadłużania.
Myślę, że mało kto jest w stanie cokolwiek sensownego powiedzieć na temat reformy służby zdrowia, jeśli nie jest jej pracownikiem. Naprawa służby zdrowia była jednym z postulatów Sierpnia ’80 i do dzisiaj jeszcze nie została zrealizowana. Kaczyński sprzeciwia się koncepcji całkowitej prywatyzacji.
Nie zgadzam się z tym, że trzeba być piekarzem, żeby wypowiedzieć się o smaku chleba. Tak jak z tym, że pacjentom odbiera się głos w dyskusji o służbie zdrowia, przy czym w szpitalu traktuje się ich jak towar, w dodatku kłopotliwy, gdy nie chce taki wyzdrowieć od samego leżenia na diecie z chleba z masłem zaprawionym lurowatą herbatą.