Ewa Krzysiak
Poznaj „Kwiat Pustyni”
Książkę „Kwiat pustyni” trudno zakwalifikować do gatunku reportażu. Jest to raczej opowieść o życiu Afrykanki Waris Dire, jej rodziny oraz innych mieszkańców Czarnego Lądu.
Dokonam tu umownego podziału książki na 2 części ( choć jest ich 18) . Pierwsza będzie dotyczyć życia na pustyni, a druga to życie bardzo dobrze nam znane, w które w pewnym momencie wkracza bohaterka utworu. To nasz codzienny świat. Ten w Europie (czy Ameryce). Wyznaczany pracą zawodową i terminarzem spotkań. Świat, w którym pędzimy naprzód w pogoni za pieniądzem, mijając się po drodze i nie mając czasu dla siebie nawzajem. Ciągle niezadowoleni z tego co osiągamy. Pragniemy więcej i więcej…
Co wiemy o nomadach? To lud koczowniczy nie posiadający stałego miejsca zamieszkania. Przemieszczają się w poszukiwaniu żywności, wody, opału i pastwisk dla swoich zwierząt. Ich domem jest pustynia, a pory roku określają ich życie…
Czytając tę książkę zastanawiałam się jak nam, Europejczykom (Amerykanom) by się tam żyło. Czy przetrwalibyśmy? Ile czasu? Dzień, tydzień, miesiąc lub dłużej. Wątpię.
Czy potrafimy znaleźć miejsca na pustyni, na których moglibyśmy paść zwierzęta? Doić je? A takie rzeczy robiło kilkuletnie dziecko ( Waris, mając 6 lat lat opiekowała się 170 owcami i kozami ). Albo tak ciasno wyplatać naczynia z trawy, aby nie uciekła ani jedna kropla wody czy mleka. Budować chaty. Pokrywać dachy słomą.
Spróbujmy nie jeść przez kilka dni i nie narzekać, nie skarżyć się, że jest się głodnym. Cieszyć się z tego, co jest. Z tego, że słońce wstaje, że jest nowy dzień, że pada deszcz. I przy tym wszystkim zachować pogodę ducha, ciszę i spokój. Wierzyć w to, że z bożą pomocą wszystko się dobrze ułoży. Bo przecież życie zależy od sił natury, a jedynie Bóg nad nimi panuje – nie ludzie.
Biografia Waris przypomina historię bajkowego Kopciuszka. Życie tej somalijskiej dziewczyny w pewnym momencie ulega wielkim zmianom. Z biednej, ogarniętej nędzą i zapomnianej przez ludzi (a czasem zdawałoby się, że i przez Boga) Somalii, ucieka do wielkiego świata. Do Anglii. Tam zostaje modelką. Występuje obok takich sław jak Naomii Cambell .
Ale czy bycie modelką i ciągłe sesje zdjęciowe, to cały jej świat? Czy już osiągnęła wszystko o czym marzyła? Nie, to jedynie jest jedno z jej pragnień, które się urzeczywistniło. I dzięki niemu i pozycji jaką zyskała chce zrobić, to na czym jej najbardziej zależy. Tym czymś jest walka o prawa kobiet w Somalii. O to, by kilkuletnie dziewczynki nie były poddawane obrzezaniu i aby nie wydawano je za mąż wbrew ich woli. To jej misja.
Zwyczaje te istnieją od tysiącleci. Jednak nie mają żadnego uzasadnienia, nawet w religii, którą wyznaje większość (czyli w islamie). To tylko wymysł mężczyzn, którzy kultywują tę chorą tradycję, aby hołubić swoje “ego”, skazując jednocześnie swoje córki (lub siostry) na okaleczanie ciała ( i jednocześnie psychiki). Równie często i na śmierć. Bowiem zabiegi te wykonywane są w prymitywnych warunkach, tępymi, brudnymi, zardzewiałymi żyletkami, bez przestrzegania zasad podstawowej higieny i bez jakiegokolwiek znieczulenia. Ból i cierpienie kobiet nie kończy się wraz z zakończeniem zabiegu. Ono trwa całe życie.
W pamięci Waris zachowały się także inne wspomnienia. Np. pomoc, szacunek i miłość jaką zaznała od rodziców (oczywiście pomijam tu obyczaj obrzezania, który jest nakazany od wieków i nawet najbardziej kochający rodzice nie odważą się sprzeciwić tym zwyczajom). W naszym świecie tego nie zauważa, a jeśli już to jest to rzadkość.
Brzmi to wszystko niewiarygodnie? Jednak wszystko co zostało opisane w tej książce zdarzyło się naprawdę. Warto się z tą pozycją literacką zapoznać, aby pogłębić swoją wiedzę o ludziach, ich codziennym życiu i zwyczajach. I o rytuałach, które przyprawiają o łzy. Zwłaszcza, że są to informacje przekazywane nam bezposrednio przez autorkę, która te wszystkie zagadnienia zna z autopsji.

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.
Pierwotnie artykuł został opublikowany na stronie Lektury Reportera.




Książka naprawdę bardzo ciekawa. Problem w tym, że ludzie tam z jednej strony przyjmują ten okrutny zwyczaj za konieczność, a z drugiej strony tak naprawdę nie wiedzą, do czego to prowadzi. Przecież tym mężczyznom też nikt tam nie tłumaczy, jak okaleczone będą potem ich żony i jak to się przełoży ich „seks” małżeński.
Marto, można by tak tłumaczyć tych mężczyzn mieszkających na pustyni. Że są nieświadomi. Ale te nakazy stosują także Ci, którzy opuścili Somalię, zdobyli wykształcenie i mieszkają w Europie czy w USA (jak wspomniała sama Waris)
Marta, obawiam się, że w tych społecznościach takie rzeczy nie „przekładają się na seks”, jest on zwykle warunkowany religią, a w najlepszym wypadku obyczajem, którym mówi, że kobieta ma być posłuszna mężowi (więc nie ma prawa powiedzieć „nie”, ani w ogóle mieć jakichś potrzeb w łóżku) i pod żadnym pozorom nie ma prawa mieć przyjemności z seksu, bo to „grzech”.
Podobna historia, choć mniej drastyczna dzieje się w dzisiejszej Europie, gdzie w niektórych krajach zabrania się ustawowo noszenia kobietom burek na twarzy, które szczelnie zasłaniają ich oblicze (że o reszcie ciała na razie nie wspominamy). Obrońcy tego obyczaju mówią (m.in), że te kobiety same tego chcą, co jest zaprzeczeniem logiki, gdyż nikt się ich o zdanie nie pyta. Kobieta jest przedmiotem i skoro mąż nie chce, aby inni mężczyźni oglądali jego żonę to ma mieć zasłoniętą twarz, a ona „chce” bo nie ma innego wyjścia. Czytałem wypowiedź jednego z mężów, który w takiej sytuacji stwierdził, że jego żona nie będzie wychodzić z domu, tak po prostu. Czy pytał się o to żony? Pewnie nie, przecież to on decyduje. Mąż w tym czasie cieszy się pełnią swobody i jeszcze „w promocji” może oglądać dziesiątki nieskrępowanych Europejek, które nie mają takich ograniczeń. Ciekaw jestem ile spośród tych kobiet chce tego w sposób świadomy, a ile „chce” bo taki jest obyczaj.
W obu przypadkach chodzi o to samo – kobiety traktuje się w sposób przedmiotowy, a nie podmiotowy.
Jeśli już rozpatrujemy kwestię seksu w tych społecznościach, to polecam „Białą Masajkę” autorstwa Corinne Hofmann. Można tam znaleźć również relacje n/t innych „ciekawostek” codziennego życia kobiety, o których zwykle nic się nie mówi, a którym trzeba stawić czoła. Afryka to nie tylko malownicza egzotyka, ale (i przede wszystkim) ból i cierpienie w ciągłej walce o przeżycie.
Kwestia burek, czadorów itd. to coś trochę innego. Mężczyźni w krajach, w których są one tak popularne po prostu zupełnie się nie kontrolują. U nas mężczyźni potrafią się kontrolować. Tam nie.
Pamiętam jak kilka lat temu w Polsce na targach turystycznych w ciasnym tłumie ludzi przechadzały się u nas hostessy rozebrane do kostiumów kąpielowych i rozdawały ulotki. Wokół nich naturalnie tworzyła się wolna przestrzeń.
Tymczasem w krajach, w których mężczyźni nie muszą się kontrolować wystarczyłoby, żeby dziewczyna miała odsłonięty nie wiem, nadgarstek, czy kostkę, żeby mogła się obawiać bezpośredniego napastowania. W naszym pojęciu otaczają ich zboczeńcy, dlatego w tym znaczeniu one chcą tych strojów, sama pewnie szybko założyłabym czador, byle tylko odgrodzić się nim od takich facetów. Krótko mówiąc bezpieczniejsza bym była idąc nago po Marszałkowskiej niż w stroju zwykłej zakonnicy w Afganistanie.
Natomiast co do mężczyzn zdziwionych efektami tych zabiegów, to wiem o nich właśnie z wypowiedzi Warris o mężczyznach w krajach cywilizowanych, mężach niektórych kobiet trafiających na zabiegi chociaż częściowo przywracające te kobiety do normalnego funkcjonowania. Tu nie chodzi o ich ew. przyjemność z seksu. Tu chodzi o to, że wiele z nich jest zaszytych w sposób nie pozwalający nawet normalnie korzystać z toalety. Przez tę maleńką dziurkę mocz musi ciec po malutkich kropelkach. To oznacza, że do seksu muszą zostać rozcięte. Seks przypomina zatem masturbowanie się o otwartą ranę. A to wykracza poza akceptację większości ludzi, poza totalnymi zwyrodnialcami. I tego część z tych mężów się jednak nie spodziewała.
Druga strona problemu chust (Francja) czy wręcz burek wygląda tak, że państwo prawem zabrania tym dziewczynom ich noszenia i jednocześnie każe im chodzić do szkoły. A mężczyźni z ich środowisk zapowiadają, że będą gwałcili kobiety (często dziewczynki) chodzące bez chust. I teraz podstawowe pytanie nie brzmi, czy państwo zakaże kobietom, często dziewczynkom noszenia tych chust. Pytanie brzmi, czy zdoła je ochronić. Zakazy trzeba skierować przeciw sprawcom a nie ofiarom. I nie mówię tutaj koniecznie o członkach rodziny. Bo sam sobie odpowiedz, czy pozwoliłbyś swojej córeczce wyjść do szkoły bez chusty w takiej sytuacji. Za wprowadzeniem zakazu noszenia chust powinna iść realna akcja skierowana przeciwko ludziom, którzy stanowią problem. Inaczej cały aparat państwa kierujemy tak naprawdę przeciwko ofiarom, a nie sprawcom. Tak czy inaczej też uważam, że żadna kobieta w Europie nie powinna chodzić w burce. Ale to nie ją należy za noszenie tej burki karać.
Aparat państwa powinien dotrzeć do osób, które realnie wywołują problem i to z nimi się rozprawiać. To kobiety w burkach/chustach są widoczne, ale państwo musi mieć świadomość, że widzi ofiary, a dotrzeć powinno do sprawców.
Burki są popularne? W Polsce swego czasu równie „popularny” był socjalizm. Popularność jest wtedy gdy ma się wybór, gdy go nie ma jest przymus. Francja nie panuje nad problemem arabskim, są w tym kraju całe enklawy gdzie nie ma wstępu europejczyk z policją włącznie, od tego co tam się dzieje potrafią włosy stanąć na głowie, opisy można znaleźć w necie. Podstawowym problemem jest to co napisałem wcześniej, przedmiotowe podejście do kobiet.
Przecież wiadomo, że burki nie są rodzajem mody.
To strój okaleczający kobiety, bo prowadzący do ślepoty, że o wypadkach nie wspomnę.
Tłumaczę tylko, co głównie powoduje, że kobiety je tam noszą.
Rozumiem, że Francja nie panuje nad sytuacją, ale to ich nie usprawiedliwia w kierowaniu aparatu przymusu na ofiary. Ja rozumiem, że łatwiej jest kierować aparat przymusu na kobiety-ofiary i karać je za noszenie chust. Ale wolałabym, żeby wykorzystali ten aparat przymusu do ich ochrony, a nie karania.
Ps. Mam problem – napisałam wczoraj artykuł na 9 maja i chyba go wrzuciłam do akceptacji, ale coś musiałam zrobić nie tak i w efekcie obawiam się, że tekst nie zdąży się pojawić. Ktoś może tam zajrzeć?
Informacje o aktualnej kampanii i działaniach Waris w walce przeciwko rytualnym okaleczeniom kobiet znajdziemy tutaj: http://www.waris-dirie-foundation.com