Piotr Maciej Małachowski
Mała Orkiestra Świątecznej Pomocy
- Na co biednym nasz czas? Dziewczyna powtórzyła moje pytanie i zaraz odpowiedziała: – Bo biedni zasługują na to, co najlepsze.
Zakodowałem sobie w głowie, że społeczna hierarchia ma kształt piramidy. Najbogatsi są na jej szczycie. Im wyżej, tym jest ich mniej. Społeczna hierarchia w stolicy Peru też przypomina piramidę. Tyle tylko, że jej szczyt zajmują biedni. Na dodatek jest to piramida odwrócona. Im wyżej, tym jest ich więcej.
Na takie konstrukcje myślowe Jenny Calmett nie ma czasu. Jest nauczycielką. Prawie cały dzień spędza w szkole, a po pracy przewodniczy grupie młodych ludzi działających przy katolickiej parafii Santa Catalina Laboure. Kościół stoi przy Plaza de Armas, w centrum Villa Maria del Triunfo – drugiej pod względem wielkości dzielnicy w Limie. Grupa Jenny to taki Facebook w realu. Bez względu na wyznanie i kolor skóry każdy może przyjść i przyłączyć się. Przypałętałem się więc i ja.
Okazało się, że nie jest to modlitewna grupa. Jasne, jej członkowie modlą się wspólnie na początku i na końcu każdego spotkania, ale poświęcone są one czemuś innemu – organizowaniu akcji charytatywnych dla biednych.
W Limie przyjrzałem się biedzie bardzo dokładnie. Z okna sypialni. Łatwo było, bo w Villa Maria moimi sąsiadami są mieszkańcy slumsów. Zajęli kamieniste wzgórza ciągnące się niedaleko od mojego okna. Takich wzgórz, nazywanych cerros, jest w Limie pełno. Można się przyzwyczaić, ale długo trwało zanim oswoiłem się z myślą, że mieszkają na nich ludzie. – Jakby byli zamknięci w klatce – wywnioskowałem z „okiennych” obserwacji, bo prawie nigdy nie opuszczają swego świata zbudowanego na stromych zboczach.
Na jednym ze spotkań w salce przy kościele powiedziałem głośno: – Ich życie musi być bardzo smutne.
Zapadła chwila ciszy. Miny uczestników spotkania zdradzały, że kula, którą wystrzeliłem, trafiła idealnie w płot. – Chodź z nami, to się przekonasz – przerwał milczenie Jorge Garay, a uśmiech na jego twarzy oznajmiał rzecz niebywałą. Do pozbawionej atrakcji dzielnicy przybył właśnie jeden z głupiutkich gringos, o których tyle naczytał się po pracy w swojej firmie remontującej mieszkania.
Po kilku spotkaniach byłem już jednak bardziej oświecony. Organizowaliśmy pieniądze na zakup żywności dla kilku rodzin ze slumsów. Których? To nieistotne. Gdy wejdziemy na górę, Bóg zaprowadzi nas do tych, którzy najbardziej tego potrzebują. Skąd kasa? Świat jest pełen ludzi, którzy chcieliby się nią podzielić, ale nie wiedzą jak. Ich podstawowym błędem jest dawanie biednym gotówki. Co zmieni dziesięć dolarów w życiu kogoś, kto nigdy nie miał w ręku więcej niż 50 centów? Nic. Dlatego trzeba te pieniądze zamienić na coś innego. Coś, co może i zniknie z żołądka, ale zostanie w pamięci.
Krok po kroku uczyłem się tego wszystkiego. Ze zdumieniem patrzyłem na moich peruwiańskich znajomych nie mogąc uwierzyć, ile pasji i czasu poświęcają na to, co robią. Choć wszyscy przychodzili na spotkania wyczerpani codzienną pracą.
- Faktycznie, czas nas nie oszczędza, ale spójrz na to inaczej: jesteśmy tutaj, aby to właśnie ten czas, a nie siebie ofiarować – wyjaśniła pewnego dnia Kathy Villanueva.
Kathy pracuje w fabryce najlepszej czekolady w Peru. Jej wyjaśnienia nie zabrzmiały jednak słodko. Nadal byłem daleki od zrozumienia, dlaczego to wszystko robimy, skoro nie poprawi to życia ani jednego biedaka?
- Na co biednym nasz czas – dopytywałem, a przed oczami stawał mi obraz za oknem sypialni. Być może w slumsach brakuje wszystkiego, ale na pewno nie czasu.
- Po co im nasz czas – powtórzyła pytanie Kathy. I zaraz odpowiedziała: – Bo biedni zasługują na to, co najlepsze.
Godzina zero wybiła niedługo potem. Zebraliśmy kwotę, która wystarczyła na zakup sześciu zestawów. Mąka, ryż, cukier, makaron, zupy i sosy w puszkach, trochę słodyczy, proszek do prania, szampony. Wszystko zapakowaliśmy do plastykowych misek, podzieliśmy się na dwie grupy i ruszyliśmy.
Niezbyt daleko, bo pięciu osób z miskami w rękach nie chciał zabrać żaden taksówkarz. – Poczekajcie tutaj – powiedział Carlos Carranza i odszedł kilkanaście metrów dalej. Szybko zatrzymał taksówkę i zaczął kłócić się z kierowcą. Świetnie mu poszło. Pewnie dlatego, że zna się na negocjacjach, bo pomaga ojcu prowadzić rodzinne interesy. Po chwili fordem escortem jechaliśmy wszyscy razem w stronę cerros. Jorge z miskami w bagażniku.
Taksówka dojechała tak wysoko, jak było to możliwe. Potem piechotka w górę. Ciężkie podejście. Najgorzej szło się Margot Cusipaucar, na co dzień księgowej w międzynarodowej firmie handlowej. Założyła za śliskie buty i miejscami musiała wspinać się na czworakach. Ale to ona uśmiechała się najbardziej.
Nie wytrzymałem. – Dlaczego jesteś taka radosna? – Z miską na głowie nie mogłem uwolnić się od posępnego uczucia zbawcy tego biednego świata.
- Przez te buty. Idziemy do ludzi, którzy całe życie chodzą w jednych i nie są z tego powodu nieszczęśliwi. Są szczęśliwsi ode mnie.
Znów zgłupiałem. Ale potem wydarzyły się dwie mądre godziny. Do tej pory nie kapuję tego do końca, bo w krainie biedy spotkałem bogatych ludzi. Nigdy dotąd nie natrafiłem na osoby, które mają w sobie tak dużo ciepła i miłości do życia. Tu i teraz, a nie w zamiarach, które nigdy nie stają się rzeczywistością.
Rozmawiałem z nimi bez bagażu odpadków, które zaśmiecają umysł. Wyrzuciłem je z siebie w chwili, w której spojrzałem tej biedzie prosto w oczy. Może to nawet nie ja ją ujrzałem, tylko moje serce. Było przepełnione pustką po strachu. Schodząc z góry odkryłem w nim coś, co nadaje sens czynom bez sensu.
Kiedy stałem spokojny i radosny u stóp wzgórza, pojąłem, że cała ta wyprawa była tylko pretekstem. Magicznym trickiem, który zmienia wszystko. Bo ludzie, do których dotarliśmy, wcale nie czekali na miski z suchym prowiantem i na kilka drobnych. Czekali na nas. Czekali na mnie.

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.
Zdjęcia są własnością Autora.




świetny tekst, jak najwięcej takich!
Początkowo nie rozumiałam, dlaczego odwrócona piramida?
A chyba też dzięki temu, że wasze slamsy pną się zboczami gór ku niebu, czasami pozwala biedakom poczuć się ptakami w szerokiej przestrzeni i na tę czarowną chwilę zapomnieć o codziennej beznadziejności. I po prostu uśmiechnąć się.
Dopiero potem – jak mówisz – ‘kapnęłam’ się.
Być może tylko tak mi się wydaje wobec naszego bogactwo i wygody czyniących nas rozkapryszonymi, wiecznie niezadowolonymi, ciągle poszukującymi.
Tylko czego?
Ale namotałam w trzecim zdaniu! To powinno brzmieć chyba tak: „….zboczami gór ku niebu, biedacy czasami mogą poczuć się…itd.” Sorki.
Jak zwykle świetnie napisane!
Tekst zmusza do refleksji, nad światem, życiem, wartościami. Do zadumy nad człowiekiem.