gragaK
Południowa Afryka widziana moimi oczyma
Do odlotu zostało niewiele czasu. Olga pilnie śledzi podświetlaną tablicę, a Inga nadstawia ucha na dźwięk głosu spikerki. Obie wyczulone są tylko na jedno słowo: FRANKFURT. W punkcie odpraw podbite zostają dokumenty i pada pytanie, czy będzie potrzebna jakaś dodatkowa pomoc?
- Nie! – Olga i Inga zaprzeczają równocześnie.
- A ja myślę, że jednak tak – wtrącam przepraszający uśmiech. – Jedna z pań niedowidzi, a druga niedosłyszy.
Pracownica Portu Lotniczego Katowice w Pyrzowicach zagląda w dokumenty i odnajduje, że obie mają po 90 lat. W jej życzliwym uśmiechu łatwo odczytać zadziwienie faktem, że leciwe pasażerki przedkładają wielogodzinną podróż nad spokojne siedzenie na przypiecku.
- W takim razie zaznaczam wózki inwalidzkie – mówi z figlarnymi iskierkami w oczach i zaprasza do bramki z napisem Frankfurt. – Proszę wchodzić.
Seniorki szybko łapią dokumenty, porywają podręczny bagaż, przelotem cmokają mnie w oba policzki, przypominając, że w Kapsztadzie będą koło jedenastej dwadzieścia, a więc koło pierwszej mam wejść do Internetu, by połączyć się z nimi za pośrednictwem Skype.
-Pa, pa! – wołają jeszcze przez ramię i znikają za bramką.
Do samochodu wracam bez pośpiechu, jak zawsze przy takiej okazji owiana falami wspomnień z mojej pierwszej podróży na południową półkulę. Wtedy podróż trwała nie 16 godzin, a ponad 72, czyli pełne 3 dni, o ile nie więcej, jeśli doliczyć czas dojazdu do Warszawy i potem do lotniska im. Fryderyka Chopina na Okęciu. Całą eskapadę przeżyłam tak intensywnie, że mimo upływu 20 lat wspominam ją sobie z wszystkimi szczegółami, z niekłamaną nostalgią i z bezgranicznym zadziwieniem, jak dzisiaj niesłychanie łatwo jest wybrać się na drugi koniec świata i jak szybko można się tam znaleźć. No, proszę,
tylko 14 godzin z przesiadką we Frankfurcie! A ja czekałam 2 lata na potwierdzenie wydania wizy przez Londyn i na zgranie lotów polskich linii LOT z radzieckimi Aerofłot, z południowoafrykańskimi ACSA, z awionetką, z firmą Budget wynajmującą samochody osobowe i z luksusowym autobusem „Greyhound”. Jednak żadna późniejsza podróż nie była tak fascynująca, jak właśnie ta pierwsza.
Wsiadam do samochodu, włączam silnik i zanurzając się we wspomnieniach, niespiesznie wyjeżdżam na nowiutką drogę ekspresową S1. To już dwadzieścia lat – myślę sobie…
Moskwa – Maputo
Dnia 1 stycznia 1989 roku port lotniczy Moskwa-Szeremietiewo należał do największych, najnowocześniejszych i najbardziej ekskluzywnych lotnisk całej Wschodniej Europy. Taki wizerunek otrzymał z okazji letniej Olimpiady w Moskwie w 1980 i trudno nie zgodzić się, że Kraj Rad potrafił pokazać światu swoje wszystkie NAJ. (Kilkanaście lat później zdymisjonował go port lotniczy Moskwa-Domodiedow) Na tranzytowym piętrze spędziliśmy osiem godzin w oczekiwaniu na odlot do Maputo, stolicy Mozambiku. Luksusowy hol był prawie pusty. W głębokich fotelach drzemało dwóch Arabów, przy stolikach w restauracji siedziało kilku młodzieńców o egzotycznej karnacji, a na wysokich krzesełkach przy barze siedzieliśmy my, sześcioro Polaków i sącząc czarną kawę z maleńkich filiżanek, gwarzyliśmy o tych, którzy żyją na Obczyźnie. Pan W. opowiadał o synu w Kapsztadzie, pani K. o wnukach w Johannesburgu, natomiast para z Poznania szczegółowo wypytywała o pracę, pomoc socjalną, życie i układy społeczne, aż nasuwało się pytanie, czy aby nie zamierzają zasilić szeregów polskich emigrantów? Kwadrans przed osiemnastą dwie stewardesy stanęły przy wyjściu do rękawa wyprowadzającego na pokład podstawionego TU-154.
- Maputo! Maputo! – wołały – Samoliot jest, a pasażirow niet!
Weszliśmy. Wnętrze było już szczelnie wypełnione podróżnymi z holu głównego. Zajęliśmy swoje miejsca.
Przedmieście Moskwy opuszczaliśmy w ciemnościach ledwie rozproszonych przez uliczne latarnie, których światła muskały zlodowaciałą skorupę zleżałego śniegu. Wznosiliśmy się szybko do gwiazd. Tylko raz udało mi się zachwycić rozedrganymi światłami wokół Zatoki Perskiej, bo potem – jako że Arabia Saudyjska posiada więcej piasku niźli miast – nie było już nic. Egzotyka przywitała nas dopiero o północy w Adenie, gdzie trzeba było uzupełnić zapasy paliwa i na ten czas opuścić maszynę.
Kiedy podprowadzono schody i stanęłam na nich, uderzyło mnie powietrze silnie przesycone wilgocią i tak gorące, że doznałam szoku termicznego i przez moment nie mogłam złapać tchu. Musiałam mocno uchwycić poręcz, by nie stracić równowagi i nie runąć w dół, gdzie czekał autobus. Przewiózł nas niecałe 150 m przed skromny budynek terminalu z pustą salą pobieloną wapnem. Pośrodku niedbale stało kilka rzędów metalowych krzeseł, w rogu skromny blat pełniący funkcję baru, a za nim na ścianie wisiały dwie półki z czterema butelkami pepsi oraz trzema kartonami soku pomarańczowego; oba napoje obrzydliwie ciepłe. Mój zimowy rynsztunek szybko nasiąkał wilgocią, zaczął wręcz parzyć, więc zniknęłam w obskurnej umywalni, by ściągnąć z siebie to i owo, najlepiej wszystko, co tylko zdjąć było można. Z kranów ciurkała nieprzyjemnie ciepła woda, po której trudno było spodziewać się ochłody, dlatego najchętniej wyszłabym na zewnątrz. Pani K. jednak ostrzegała:
- Ostatnim razem była z nami dziewczyna, która odwzajemniła uśmiech nygusa takiego jak ci tutaj – wskazała na dwóch szwendających się Arabów w europejskim odzieniu. – Ten podszedł i pociągnął ją do wyjścia, a kiedy zaczęła się bronić, uderzył ją w twarz. Rozpętała się straszliwa awantura! Lepiej przeczekać tutaj i nie rozglądać się nadto.
Przed godziną drugą wezwano nas na pokład samolotu. Z niejakim zdziwieniem stwierdziliśmy, że trzysilnikowy TU-154 niemal całkowicie opustoszał w Adenie i w dalszą podróż ruszyło tylko dwunastu pasażerów, przy czym wszyscy polskiej narodowości. Było mnóstwo wolnego miejsca, dzięki czemu każdy mógł zająć trzy sąsiadujące fotele, otulić się służbowym kocem i w pozycji horyzontalnej pierzchnąć w sen. Po chwili przygasły światła, zapadł półmrok, umilkły rozmowy. Tylko załoga i ja czuwaliśmy, choć mnie nie interesowała tablica rozdzielcza, ani brzęczyk wzywający do pasażera. Oczekiwałam wschodu słońca, albowiem nie podarowałabym sobie przespania tej chwili będąc na wysokości 10 tys. m n.p.m. Za podwójnymi szybami pleksi owalnego okna widać było gwiazdy rozsypane w czerni tak doskonałej, jaką może dać jedynie aksamit, a my tkwiliśmy zawieszeni pośród nich, i gdyby nie warkot silników oraz lekkie drżenie całego samolotu, trudno byłoby uwierzyć, że przemieszczamy się. A jednak! Oto pod nami sunęły światła Mogadiszu błyszczące niczym brylanty w rozchylonej sakiewce. Po chwili zostawiliśmy je z tyłu w gęstym mroku i znowu towarzyszyły nam wyłącznie gwiazdy.
Godz. 3 – Z otworów pokładowej klimatyzacji wypełzły białe kłęby pary wodnej. Na chwilę zrobiło się ciepło i dusznawo jak w fińskiej łaźni, lecz po opuszczeniu równika powietrze na nowo stało się czyste i rześkie, aż musiałam założyć skarpety na stopy i kocyk naciągnąć na szczyty ramion.
Godz. 4.25 – Aparat fotograficzny leżał już na moich kolanach, obiektyw miał odblokowany, a jego indykator mrugał zachęcająco przy dotknięciu spustu migawki. W dole przesuwały się bajecznie kolorowe światła, tym razem Mombasy, co sugerowało obecność Kilimandżaro jakieś 200 km dalej, lecz o tej porze słynna góra była jeszcze otulona nocnym woalem. Na wschodzie pojawiała się już delikatna smuga horyzontu, jej granat z wolna wylewał się na niebo, przemieniał w szafir, potem w ultramarynę, by ostatecznie przybrać barwę błękitu paryskiego. Gwiazdy gasły jedna po drugiej, a pozycyjne światła skrzydeł samolotu – dotąd ostre i agresywne – bledły na tle feerycznego nieba.
Godz. 4.50 – Pomiędzy nami i już oliwkową ziemią, na której połyskiwały wstążki rzek oraz koliste tafle jezior, wisiały niewielkie, kędzierzawe chmurki przypominające owce na hali. Prawe skrzydło przecinało esy-floresy rzek Ruaha i Rufiji, natomiast lewe kreśliło granicę pomiędzy lądem i Oceanem Indyjskim, na którego powierzchni drzemały dwa statki podobne do dwóch przecinków. Ponad nimi, od jednego do drugiego kłębka wodnej waty przeskakiwały krótkie błyskawice, a daleko hen, gdzie niebo styka się z wodą, miejsce jaśniejsze od innych pulsowało, drgało złotymi refleksami, aż w końcu pękło i trysnęły zeń oślepiające promienie zalewając niebo różowościami całego świata. W moim mózgu pobrzmiewała dawno nie odmawiana modlitwa – „Kiedy ranne wstają zorze”.
Nacisnęłam spust migawki.
-Tea? Coffee? Juice? – głos stewardesy docierał do mnie jakby z zaświatów. Uniosłam powiekę i zobaczyłam dzieci baraszkujące w przejściu między dwoma rzędami foteli, dorosłych ogarniających się z nocnego rozmamłania, zwijających koce, unoszących stoliki i stewardesy przesuwające wózek z dymiącym wrzątkiem oraz tackami z posiłkiem.
-Tea? Coffee? Juice? – jedna pochyliła się nade mną.
Kawy. Dużo i mocnej, najlepiej dwie filiżanki.
-Two cups, please!
Samolotem lekko rzucało, ale silniki pracowały równo, mrucząc przyjaźnie: “Te wstrząsy to nic takiego, zwykłe schodzenie w dół, gdzie wieją wiatry i wiszą gęste chmury. Wsio charaszo!” Zapaliły się lampki z napisem NIE PALIĆ, ZAPIĄĆ PASY, a z głośników dobiegł ostatni komunikat:
- Godzina siódma czterdzieści pięć, lądujemy w Maputo. Na zewnątrz temperatura plus dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza. Dziękujemy za pomyślny lot i życzymy miłego dnia. Do swidania!
Powietrze z hukiem wdarło się w otwieraną komorę podwozia, poczułam lekki ucisk pod czaszką, smolisty płyn w filiżance
balansował niebezpiecznie. Brunatna ziemia zbliża się szybko, widać już było rdzawobrązowe drogi tnące pożółkłą sawannę na czworokąty z maleńkimi sześcianikami domostw otoczonych klepiskiem nagich podwórek. Na każdym stał wiatrak i betonowy krąg wypełniony niezwyczajnie zieloną wodą, aż gęstą od bujnie rozwijającego się planktonu. Szybko zostawiliśmy je za sobą, opadaliśmy wyraźnie, aż żołądek podchodził do gardła, aż w mózgu lęgnął się strach. Nareszcie głuche uderzenie kół o beton i wysoki ton silników hamujących…
Fotografie są wykonane przez Autorkę: fot.1 ‘Seniorki’, fot.2 ‘Seniorki pod opieką’, fot.3 ‘Lotnisko w Pyrzowicach’, fot.4 ‘TU-154 w Maputo’

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Bez utworów zależnych 2.5 Polska





interesujące
Szanowna GragoK! Jestem usatysfakcjonowany opisem, bo wszystko tak sugestywnie opisałaś, że mimo woli powstają obrazy podczas czytania. Jestem nienasycony, bo takich opisów z pobytów gdzieś tam powinnaś dać więcej. A więc twórz te nowe i wspomnieniowe. Niech wszyscy czytają.
Rzeczywiście ciekawe. Cdn?
B. podobal mi sie wstep do Twoich opowiesci. Dzisiaj i wtedy. Jest latwo przeczytac „dzisiaj”, bo podrozujemy i przyzwyczailismy sie do wygod i sposobow jakie musza byc w dzisiejszych czasach. Latwo zapomniec, w nie bardzo dalekiej przeszlosci, jak trudno sie podrozowalo, nie tylko dotyczy lotnisk i samolotow, ale rowniez przekroczen granicy Czechoslowacji i Polski. Taki zapis jaki produkujesz powinien sie znalesc w bibliotekach szkol. Czekam na dalsze……..
Bardzo mnie ucieszyło okazane zainteresowanie, bo jednak to jest ważne dla autora.
Dziękuję wszystkim komentującym.
Ewo, zaplanowałam stworzenie cyklu, albowiem RPA jest tak bogate (we wszystko i pod każdym względem), że jeśli publikacja ma ukazać jak najwięcej barw, to nie da się zamknąć w jednym artykule. Wtedy lepiej wcale nie pisać, tylko pozwolić na spenetrowanie encyklopedii lub folderu turystycznego.
Istnieją już biura podróży organizujące wycieczki w ten rejon świata, jednak ciągle brak informacji z pierwszej ręki, dlatego zdecydowałam się podzielić z czytelnikiem moimi obserwacjami.
Wybrałam końcówkę niechlubnej doby apartheidu, gdyż o nim będą mówić już tylko książki i filmy, a ponieważ jego upadek przebiegał równolegle z upadkiem komunizmu w Europie Wschodniej, opisanie moich wędrówek po drogach i bezdrożach Południowej Afryki wydało mi się tym bardziej interesujące.
Miła DragoK,potrafisz zainteresować czytelnika,pisze ciekawie i można ”iśc”z Twoimi wspomnieniami.Czekam na dalszy ciąg wspomnień,czuję niedosyt.
Pozdrawiam cieplutko:)
Przepraszam bardzo,zjadłam ”sz” powinno być piszesz.
O!! Graga wreszcie wróciła do pisania! opowiedz jaka była ta Afryka i jaka jest teraz,obecnie ma już nowe pokolenie.
) pozdro i dzieki za ciekawe pdróżowanie z Tobą.
łap za pióro to może i ja wreszcie złapię