Katarzyna Lisowska
Gliwickie pożegnania: Muzeum odlewnictwa artystycznego
Gliwiczanie przywykli do pożegnań. W zeszłym roku pożegnali tramwaje, które bezpowrotnie zniknęły z ulic miasta oraz siedzibę Hufca Ziemi Gliwickiej w jego tradycyjnej, od pięćdziesieciu lat, siedzibie. W tym roku żegnamy sklep Cepelii, od dziesięcioleci zrośnięty z widokiem głównej ulicy Zwycięstwa i jeden z ostatnich punktów w mieście, gdzie zamiast chińskiej tandety, można było kupić wyroby polskiego rzemiosła.
W niedzielę, 10 stycznia żegnaliśmy także ekspozycję odlewnictwa artystycznego dawnej Królewskiej-Pruskiej Odlewni Żeliwa. Gliwickie Zakłady Urządzeń Technicznych są spadkobiercą i ostatnią działającą z trzech siostrzanych odlewni Gliwice-Berlin-Sayn. Tak jak pruskie zakłady, oprócz wyrobów technicznych i przemysłowych, GZUT kontynuują tradycję odlewnictwa artystycznego – są głównym producentem pomników w Polsce. Do niedawna były także hojnym mecenasem dziedzictwa kulturowego użyczającym nieodpłatnie jednej z dawnych hal produkcyjnych na cele wystawy żeliwa. Dzieła wielkich mistrzów, takich jak Teodor Kalide i innych, mniej znanych rzemieślników były eksponowane w miejscu, gdzie powstawały na przestrzeni ponad 200-letniej historii odlewni. Tego zazdrościli nam Niemcy, którzy swoje odlewnie dawno zlikwidowali, a kolekcję wyrobów prezentują dziś w zwykłych salach muzealnych.
Nic jednak nie trwa wiecznie – nastał kryzys i dyrekcja GZUT, po latach mecenatu, zarządała czynszu za wynajem pomieszczeń. Jak podaje prasa – w wysokości 90 tys. zł rocznie. A że żyjemy w świecie, w którym rządzi ekonomia – dyrektor Muzeum w Gliwicach uznał, że dalsza współpraca z GZUT… nie opłaca się. W związku z tym kustosz wystawy dostała wymówienie, a kolekcja żeliwa powędruje do magazynów. Podobno nie na zawsze. Podobno będzie eksponowana w innym miejscu. Nie wiadomo jednak kiedy, bo… nie ma funduszy.
W ostatnią niedzielę gliwiczanie tłumnie żegnali Oddział Odlewnictwa Artystycznego Muzeum w Gliwicach – jeden z symboli lokalnej tożsamości i dawnej świetności tego miasta. Popatrzmy po raz ostatni.
Wszystkie zdjęcia autorstwa Andrzeja Pieczyraka























A oto rewelacje z dzisiejszych Nowin Gliwickich:
„Nie będę grabarzem kultury” powiedział Andrzej Jarczewski, przewodniczący komisji kultury w radzie miejskiej w Gliwicach. W związku z decyzją o likwidacji Oddziału Odlewnictwa Artystycznego , zdecydował się złożyć rezygnację z funkcji przewodniczącego komisji.
Ciekawsza jest jednak jego diagnoza sytuacji
„Po pierwsze proszę mnie nie pytać o spór między prezesem GZUTu a dyrektorem muzeum, bo to jest tylko powierzchnia głębszych zjawisk.
Po drugie – tu wcale nie chodzi o pieniądze (gigantyczne dla muzeum, niezauważalne dla budżetu miasta).
Po trzecie – GZUT przez 19 lat sponsorował nie muzeum, lecz miasto. Bo do obowiązkó władz miejskich, a nie firm produkcyjnych należy dbałość o zaspokajanie potrzeb kulturalnych mieszkańców. Nawet tych „nierentownych”.
W opinii Jarczewskiego prawdziwy spór toczy się między dwoma pretendentami do prezydentury w następnej kadencji. Pierwszym jest obecny prezydent – Zygmunt Frankiewicz, a drugim jego dawny partyjny kolega z Platformy, obecnie wróg nr 1 – Andrzej Gałażewski. Przypadkowo, ten drugi jest… szefem rady nadzorczej GZUT. Jak mówi Jarczewski: „Drzazgi lecą. Jedna z nich ugodziła w muzeum, co skutkuje amputacją ważnej części tej instytucji.”
Na koniec wywiadu Jarczewski mówi „nie jestem przybłędą najętym do zamykania muzeów”. Jarczewski startował w zeszłym roku w konkursie na stanowisko dyrektora muzeum, ale komisja w swojej kontrwersyjnej już wówczas decyzji wybrała „człowieka z zewnątrz”. Czy słusznie?
Nóż się w kieszeni otwiera- powiem tyle, bo takiego barbarzyństwa nie reprezentował sobą nawet okupant.
No oczywiście, wielkie gratulacje dla Pana Jarczewskiego, choć nie wiem jak głosował, kiedy kota w worku podrzucano służbie zdrowia w formie głosowania nad zniżką „od metra kwadratowego” za zajmowany lokal, pomimo że w chwili głosowania nie były ustalone jeszcze stawki bazowe za tenże metr, a te- jak z księżyca- miał dopiero później podać ZF.
A więc krótko mówiąc ustalano wysokość odskoczni, kiedy nie było jeszcze wiadomo na jakiej wysokości stanie poprzeczka. Żyjemy w świecie absurdu, żeby nie wspomnieć przy tym o likwidacji ekologicznego tramwaju, i o miażdżącym centrum naszego miasta na siłę utrzymywanym tranzycie.
Tu można obejrzeć nagranie z niedzielnego pożegnania z oddziałem muzeum i panią kustosz wystawy – Elżbietą Dębowską http://www.itv.gliwice.pl/artykul.php?id=2747
Bodajże w 1998 roku zostałem zaproszony do GZUT na pewien rodzaj konferencji promocyjno-technicznej dotyczącej produkcji Zakładu dla przemysłu okrętowego. Z tym większym zadowoleniem przyjąłem to zaproszenie, że z Gliwicami byłem i jestem jeszcze związany więzami rodzinnymi i emocjonalnymi. W Gliwicach mieszkałem do 1962 r., tu zdawałem maturę, tu poznałem swoją żonę i tu mieszkają jeszcze nasze rodziny. Mimo tylu lat pomieszkiwania w Gliwicach o istnieniu Muzeum Odlewnictwa nie miałem pojęcia. Jakież więc było moje zaskoczenie gdy w ramach tej konferencji mogłem poznać te przecudne dzieła artystów i metalurgów. Miniatury pomników i rzeźby w brązie można znaleźć w wielu muzeach, ale odlewy artystyczne w żeliwie to ewenement chyba na skalę europejską. Zapożyczyłem sobie wtedy na własny użytek z ceramiki pojęcie „filigranu” do opisania tych arcyprecyzyjnych odlewów. Szkoda, szkoda i jeszcze raz szkoda, że eksponaty te zawędrują do magazynów, zamiast cieszyć oko i budzić podziw u zwiedzających.
A swoją drogą to sytuacja GZUT, Muzeum Odlewnictwa i powiedzmy przemysłu okrętowego przypomina wiersz J.Tuwima „Wszyscy dla wszystkich”
Murarz domy buduje,/
Krawiec szyje ubrania,/
Ale gdzieżby co uszył,/
Gdyby nie miał mieszkania?….