Andrzej Pieczyrak
Kto wygrał referendum w Gliwicach?
8 listopada 2009 roku odbyło się w Gliwicach referendum w sprawie odwołania Prezydenta i Rady Miejskiej. Jako że frekwencja okazała się niższa od wymaganej, wyniki referendum nie są wiążące — samorządowcy zachowali swoje posady i swoje pensje.
Wkrótce po referendum w lokalnych mediach pojawiły się artykuły, których już same tytuły mówić miały wszystko: „Referendyści polegli”, „Referendum nieważne”, „Nie jego Waterloo”. Idąc za przykładem prezydenta – media, w większości jednomyślnie – starały się tę obywatelską inicjatywę przedstawić jako nikomu niepotrzebną awanturę polityczną. Nie ukrywano także satysfakcji z porażki referendum, a przyczyn niepowodzenia upatrywano wyłącznie w nieudolności tych, którzy do niego doprowadzili. Jedna z lokalnych bezpłatnych gazet, piórem swego redaktora naczelnego, tak podsumowała nieskuteczne odwołanie władz samorządowych: „Winni [porażki] są sami organizatorzy, którzy zdecydowali się wszcząć awanturę kosztującą nas wszystkich prawie 300 tysięcy złotych. Awanturę, której finał był z góry do przewidzenia”.
Liczby kłamią rzadziej niż ludzie
Media piszą o przegranej referendystów, prezydent bagatelizuje sprawę. Jednak mało kto ujawnia… wyniki głosowania. Do dziś nie ma ich na oficjalnej stronie Urzędu Miasta. Jest tam za to postanowienie Sądu Okręgowego w Gliwicach z dnia 20 października[1] nakazujące referendystom zamieszczenie sprostowania i przeprosin pod adresem Miasta Gliwice, postanowienie, które 23 października zastało… w całości oddalone przez Sąd Apelacyjny. O tym jednak próżno by szukać informacji, nawet pisanej drobnym drukiem, na stronie Urzędu,.
Co zaś mówią liczby? W gliwickim referendum wzięło udział 18 114 osób. Za odwołaniem prezydenta opowiedziało się 89% głosujących (16020 osób), zaś za odwołaniem radnych miasta 86% głosujących (15550 osób). Dodać przy tym należy, że ilość osób, które opowiedziały się za odwołaniem prezydenta i Rady Miejskiej, jest niemal równa ilości głosów, które w poprzednich wyborach samorządowych oddane zostały na wszystkich radnych razem wziętych. Jeśli zatem ktoś chce mówić, że jedynie garstka mieszkańców poparła referendum, ten powinien uczciwie dodać także, że podobna garstka ludzi… wybrała wcześniej tych, którzy w Radzie Miejskiej zasiadają.
Ile to naprawdę kosztowało – i kogo?
Dzisiaj prezydent, a w ślad za nim media podkreślają, że referendum — to zmarnowane blisko 300 tysięcy złotych z budżetu miejskiego. Pieniądze, o których tyleż ochoczo, co mgliście mówią władze magistrackie, to w większości diety wypłacone członkom komisji obwodowych, czyli mieszkańcom Gliwic, którzy uczestniczyli w szkoleniach a później obsługiwali referendum. Wspomniana kwota jest zatem zapłatą za pracę ponad ośmiuset gliwiczan, wytypowanych w połowie przez referendystów, a w połowie przez władze miasta. Gliwiczan, którzy poświęcili swój czas aby nadzorować przebieg referendum i podsumować jego wyniki. Podatki mieszkańców wróciły zatem po części do tych, którzy je płacą.
Wymieniana przez media kwota faktycznie nie oddaje rzeczywistych kosztów referendum. Gdyby chcieć to rzetelnie oszacować, powinno się jeszcze doliczyć koszt dwumiesięcznej pracy wolontariuszy zbierających podpisy pod wnioskiem, koszt druku ulotek, płatnych ogłoszeń, reklam, koszty procesowe oraz inne koszty – zarówno kampanii referendalnej, jak również kampanii… anty-referendalnej, prowadzonej przez magistrat. Nie da się ukryć, że koszty te są znaczne i w dużej mierze obciążają kieszenie mieszkańców Gliwic. Sam koszt druku magistrackich plakatów, tych wymierzonych w referendystów i tych reklamujących inwestycje gliwickie (w znacznej części jeszcze nieistniejące) wyniósł, jak podaje rzecznik prasowy Urzędu, ponad 72 tysiące złotych. Nieznane są też kwoty, na jakie opiewały, być może niepisane, „umowy o dzieło (zniszczenia)”, jakim było wytrwałe i skrupulatne zrywanie plakatów i ulotek referendystów — tych zapewne nigdy nie poznamy. Nie wiadomo też, ile kosztowało zorganizowanie przez magistrat konferencji prasowej na kilka dni przed referendum oraz jaki był koszt związany z blokowaniem przez policję przejazdu tramwaju przez Gliwice — a przecież i one powinny być doliczone do ogólnej kwoty wydatków poniesionych w związku z akcją referendalną w Gliwicach.
Szacunkowo można przyjąć, że koszty „około-referendalne” przekroczyły znacznie kwotę miliona złotych. Za proces, który przegrali, referendyści zapłacili z własnej kieszeni. Drugi proces, który magistrat wytoczył referendystom, i przegrał – został opłacony z pieniędzy miejskich… czyli naszych. Na tej samej zasadzie podatnicy sfinansowali reklamę mniej lub bardziej rzeczywistych osiągnięć prezydenta, jego konferencję prasową oraz inne działania anty-referendalne. Referendyści też są podatnikami. Tak więc jako podatnicy również i oni partycypowali w kosztach… zwalczania samych siebie.
Jak się ignoruje sprawy nie warte głębszego przeżywania
Kiedy już wszystko skończyło się dla niego pomyślnie, prezydent rzecz całą skwitował krótko i skromnie: „Cała sprawa nie jest warta jakiegoś głębszego przeżywania”.
Osobiście gratuluję prezydentowi dobrego samopoczucia, jeśli dla niego nie jest wart zastanowienia fakt, że 89% mieszkańców biorących udział w referendum opowiedziało się za jego odwołaniem. Nie bardzo też mogę uwierzyć, że prezydent i cały magistrat referendum „nie przeżywał”. Bo skoro nie przeżywał, to po co były te nerwowe ruchy i bezpardonowe ataki na referendystów? Jeszcze zanim Komisarz Wyborczy ogłosił referendum, magistrat już uderzył w referendystów, publicznie oskarżając ich o „wyłudzanie podpisów” i wprowadzanie mieszkańców w błąd co do istoty referendum. Gdy ku rozpaczy odwoływanych władz miejskich, Komisarz pozytywnie zweryfikował wiarygodność złożonych pod wnioskiem podpisów, natychmiast ruszyła kampania zohydzania idei referendum i personalnie – jego organizatorów. W wywiadzie telewizyjnym, zapytany czy weźmie udział w referendum, prezydent odpowiedział bez ogródek: „Chyba Pan żartuje. Oczywiście, że nie. Przecież to jest czysta awantura. Zrobiona moim zdaniem w nieuczciwy sposób. I sądzę, że nikt przyzwoity i racjonalnie myślący nie powinien w tym uczestniczyć” i dalej: „Gliwiczanie nie powinni brać w tym udziału […] I uważam, że porządni ludzie też nie powinni.”
Wiedziony obywatelską odpowiedzialnością przewodniczący stowarzyszenia KoLiber natychmiast założył stronę internetową, na której głośno nawoływał do bojkotu referendum — link do tej strony znalazł się od razu na blogu prezydenta miasta. Blogu, który prezydent zaczął prowadzić… po ogłoszeniu referendum. Motywem przewodnim większości wpisów było wytrwałe wzywanie do bojkotu, zastraszanie mieszkańców oraz obrażanie inicjatorów i sympatyków referendum.
Co ciekawe, autor internetowej akcji „Nie idę na referendum”, Marek Morawiak sam skorzystał z okazji… i nie idąc na referendum, zasiadł w jednej z komisji i bezpośrednio skonsumował część z tych 300 tysięcy, nad zmarnowaniem których tak ubolewał.
W trybie referendalnym zgłoszono dwa pozwy przeciwko referendystom, drugi z nich, pozywający – Miasto Gliwice – przegrało. Po tej porażce magistrat zrezygnował ze ścieżki sądowej i postawił na propagandę sukcesu: rozpoczęto druk płatnych całostronicowych reklam miejskich inwestycji. Co z tego, że część z nich jest dopiero w sferze dalekosiężnych planów i wizji! Co z tego, że niektóre nie są wcale inwestycjami miejskimi (vide autostrada A4 i budowana właśnie A1, finansowane z budżetu centralnego, a nie gminnego). W sukurs prezydentowi przyszli też jego prominentni koledzy, na zawołanie spieszący opiewać jego osiągnięcia – a to Jerzy Buzek, eks-premier i obecny przewodniczący Parlamentu Europejskiego, a to były minister Janusz Steinhoff czy rektor Politechniki Śląskiej prof. Karbownik. Ignorując zapisy ustawy, która zabrania organom odwoływanym prowadzenia kampanii referendalnej oraz zakaz agitacji w budynkach urzędowych, prezydent kontynuował chwalbę urządzając konferencję prasową w Urzędzie Miasta. Nikt nie poddał też w wątpliwość decyzji prezydenta, który zabronił wjazdu do miasta tramwajowi wynajętemu przez referendystów, a policja, postawiona w stan najwyższego pogotowia – skutecznie zablokowała przejazd tramwaju. Jeden z funkcjonariuszy tłumaczył, że „taki zakaz wydał prezydent”. I tak, legalnie wynajęty i opłacony tramwaj spółki Tramwaje Śląskie nie mógł przejechać po torowisku, które – póki co w całości należy do TŚ S.A.
Czy jest się z czego cieszyć?
I tak, podobno „nie przeżywając” referendum, ale intensywnie działając – prezydent dopiął swego – pozostał na stanowisku. Czy powinien się cieszyć z tego wątpliwego sukcesu? Czy nie doskwiera mu świadomość, że nie podjął walki z podniesioną przyłbicą, nie wygrał w uczciwym starciu na głosy swoich zwolenników i przeciwników? Zwyczajnie uciekł z pola bitwy… Nie wiemy więc, ilu gliwiczan popiera politykę prezydenta, mniej więcej wiemy – ilu jest niezadowolonych i gotowych, aby coś zmienić. Smutek ogarnia na myśl, ilu ludzi chodzi po ulicach miasta i narzeka na obecny stan rzeczy, ale nie potrafi tego gniewu przetworzyć na prosty akt głosowania. Że niezadowolonych jest mnóstwo – wiemy bardzo dobrze z rozmów na ulicach, prowadzonych kiedy zbieraliśmy podpisy czy rozdawaliśmy ulotki. Że brakuje im obywatelskiego wyszkolenia, przekonaliśmy się w dniu referendum. A że obecna władza z zadowoleniem bazuje na słabości społeczeństwa obywatelskiego, i że sama tę słabość podsyca – to jest prawdziwy dramat niedojrzałej polskiej demokracji.
Co nas nie zabije, to nas wzmocni…
Teraz wiemy, że wcale nie jest najważniejszym przekonywać ludzi do potrzeby zmian, czy do konkretnego programu – najważniejszym okazuje się nauczyć ludzi obywatelskiej aktywności. To jest zadanie na okres kampanii przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi. Zadanie na dziś i na każdy kolejny dzień. Tylko bowiem społeczeństwo obywatelskie skutecznie przeciwstawi się sile władzy, pieniądza i propagandy. Tylko wtedy siła argumentów zwycięży nad argumentami siły, a gliwiczanie wreszcie poczują się gospodarzami swojego miasta.
Ilustracje autorstwa Andrzeja Pieczyraka
[1] http://www.um.gliwice.pl/pub/pliki/postanowienie1.pdf

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska




Miałem zapytać, ale znalazłem:
http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35063,7234845.html
Frekwencja w referendum wyniosła 11,74 proc. – w głosowaniu wzięło udział 18.091 osób. Za odwołaniem prezydenta Zygmunta Frankiewicza zagłosowało 16.020 osób, przeciwko – 1886 osób.
Aby referendum było ważne, do urn musiało iść 32.820 osób, czyli prawie 22 proc. uprawnionych do głosowania (trzy piąte tych, którzy brali udział w ostatnich wyborach prezydenckich).
Służba społeczeństwu jest obowiązkiem Pana Prezydenta i Rady Miejskiej, służenie społeczeństwu a nie narzucanie siłą rozwiazań nie przyjmowanych przez mieszkanców Gliwic. Słuzba społeczeństwu to nie naigrywanie się z rzekomego niepowodzenia Referendum. Zarówno Pan Prezydent jak i jego zwolennicy okazali się miałkimi w zrozumieniu demokratycznego narzędzia jakim jest referendum.
Na obecną chwilę mamy stan zawieszenia . Warto jednak przypomnieć pewną prawdę : posiane zostało ziarno, co z niego wyrośnie dokładnie za rok ?.
Trudno nawet nie nazwać hipokryzją działania tuby prezydenckiej jakim jest Miejski Serwis Informacyjny (za pieniadze podatnika) – Panowie wstyd. Wykorzystywać pieniądze w ten sposób. A gdzie pluralizm. Obrzydzanie to wasza specjalność,
Inni im też wtórują, chociażby w nazwie Referendyści = anarchiści i wszystko inne kończące się na “-iści”.