Maciej Lewandowski
Obama i media: dotować druk czy wspomagać sieć?
Chociaż zamieszanie spowodowane wywiadem udzielonym przez Baracka Obamę dziennikarzom Toledo Blade trwa już w USA dłuższy czas, to w Polsce zwrócono na nie uwagę dopiero teraz, głównie za sprawą niedawnej publikacji w serwisie Chip, Obama: blogi zagrożeniem dla demokracji. Słowa amerykańskiego prezydenta wywołały dość spore oburzenie – w naszym kraju głównie blogerów, natomiast w Ameryce także ludzi zainteresowanych kondycją wolnej prasy i jej rolą w rozwoju demokracji i społeczeństwa obywatelskiego.
Co powiedział Obama
Wypowiedź prezydenta miała związek z projektem ustawy (tzw. „Newspaper Revitalization Act”, którego założenia dość szczegółowo opisano w artykule Obama’s „Newspaper Bailout”: Fact Or Fiction?), wedle którego – mówiąc skrótowo – amerykańskie wydawnictwa prasowe, które przekształciłyby się w organizacje non-profit, uzyskałyby zwolnienie z podatku dochodowego.
Trzeba wyraźnie powiedzieć, że projekt ten – pomimo tego, że jego efektem byłoby realne dofinansowanie wybranych gazet – nie przewiduje bezpośrednich dotacji państwowych (jak miało to miejsce w przypadku np. upadających banków czy koncernów motoryzacyjnych), nie jest zatem klasycznym bailout. Poza tym z wypowiedzi Obamy wcale nie wynika, że jest on zwolennikiem takiego rozwiązania – prezydent powiedział: „Nie widziałem jeszcze szczegółowych propozycji, ale z zainteresowaniem się im przyjrzę” („I haven’t seen detailed proposals yet, but I’ll be happy to look at them”, cytat za: Newspaper journalism gest words of praise; Print media’s role vital, Obama says, w Toledo Blade). Słowa te, zdaniem wielu amerykańskich komentatorów, wcale nie świadczą o tym, że Obama ma zamiar udzielić wsparcia proponowanym rozwiązaniom.
Czy można zatem uznać, że cała afera spowodowana jest przedwczesną histerią? Nawet jeżeli tak, to sądzę, że warto przyjrzeć się reakcjom na (będące we wczesnej fazie projektu) proponowane rozwiązania, tym bardziej, że temat ratowania upadających koncernów prasowych jest ostatnio szeroko dyskutowany, także w Europie.
Wypowiedź amerykańskiego przywódcy odnosząca się do blogosfery jest natomiast o wiele bardziej jednoznaczna: „Obawiam się, że obecny kierunek rozwoju mediów, w których główną rolę odgrywałaby blogosfera – prezentująca głównie opinie, bez rzetelnego sprawdzania faktów i poważnych prób osadzania informacji w kontekście – doprowadzić może do sytuacji, w której ludzie będą się nawzajem przekrzykiwać bez wzajemnego zrozumienia”. („I am concerned that if the direction of the news is all blogosphere, all opinions, with no serious fact-checking, no serious attempts to put stories in context, that what you will end up getting is people shouting at each other across the void but not a lot of mutual understanding.”, cytat za: Newspaper journalism gest words of praise; Print media’s role vital, Obama says, w Toledo Blade).
Blogerzy zatem, zdaniem prezydenta USA, ani nie sprawdzają rzetelnie przedstawianych przez siebie informacji, ani nie osadzają ich w szerszym kontekście.
Dziennikarze nie chcą publicznych pieniędzy
Rząd każdego państwa, rozważając przyznanie jakichkolwiek dotacji, ulg czy zapomóg finansowych dla konkretnej gałęzi gospodarki, musi wziąć pod uwagę dwa czynniki: ekonomiczny i społeczny. Innymi słowy, musi rozważyć, jakie efekty przyniesie potencjalny upadek całej branży (czy też jej ogromnej większości) na gospodarkę kraju i na życie jego obywateli. Skutki (zarówno ekonomiczne, jak i społeczne) bankructwa sektora bankowego czy motoryzacyjnego, byłyby – zdaniem amerykańskiej administracji – zbyt negatywne – wobec czego zdecydowano się na bezpośrednie dofinansowanie upadających koncernów. Z drugiej strony żadne (rozwinięte) państwo nie może sobie pozwolić na upadek systemu oświaty i edukacji – głównie ze względów społecznych – dlatego też sektor ten jest finansowany z budżetu. W przypadku dziennikarstwa, które – choćby w założeniu – jako „czwarta władza”, jest jednym z filarów demokracji, sytuacja wydaje się wyglądać podobnie. Koszty społeczne (bo nie ekonomiczne, o czym za chwilę) całkowitego upadku branży medialnej i pozbawienia obywateli dopływu świeżej, rzetelnej i bezstronnej informacji, są nie do przyjęcia. Demokratyczne społeczeństwo musi mieć zagwarantowany dostęp do aktualnych informacji.
Wracając na chwilę do ekonomicznych skutków ewentualnego bankructwa sektora medialnego, warto przytoczyć słowa publicysty New York Timesa, Davida Carra, który – powołując się na źródła podające, że amerykańskie gazety zatrudniają nie więcej niż 0,2% wszystkich zatrudnionych w USA, wytwarzając przy tym 0,36% produktu narodowego brutto – twierdzi, chyba słusznie, iż gospodarka nie odczułaby ewentualnego upadku tak marginalnej (pod względem ekonomicznym) branży.
Tak więc jedynym argumentem – niezmiernie ważnym – za ratowaniem upadających gazet, jest konieczność zapewnienia społeczeństwu możliwości dostępu do informacji. Jednak pomysł choćby pośredniego finansowania branży medialnej wywołuje duży sprzeciw, także wśród samych dziennikarzy. Wielu krytyków sprzeciwia się twardo każdej ingerencji państwa w mechanizmy rynkowe (powiedzmy – prawie każdej – jako że nawet najbardziej fundamentalni wolnorynkowcy z ochotą przyjmują państwową pomoc dla ich własnych biznesów), nazywając podobne działania socjalizmem, lub rewolucją lewacką.
Przyjmijmy jednak założenie (z którym zgadza się chyba większość komentatorów i analityków), że państwo ma prawo (a nawet obowiązek) ingerencji w przypadku, kiedy zagrożone jest istnienie podmiotów dystrybuujących wiarygodne, rzetelne i bezstronne informacje. Wniesiona propozycja zwolnień podatkowych nie jest jednak, zdaniem tych analityków, dobrym rozwiązaniem. Niektórzy z nich wskazują na fakt, że nawet gdyby udało się wprowadzić w życie proponowane ulgi, to w niczym nie zrekompensowałyby one finansowych strat ponoszonych przez firmy medialne z powodu wycofywania się reklamodawców i gwałtownego zmniejszania się liczby kupujących (patrz: Sorry America, A Newspaper Bailout Won’t Save Newspapers).
Najwięcej obaw dotyczy jednak niezależności i bezstronności przyszłej prasy. Ogromna rzesza komentatorów twierdzi, że proponowane rozwiązania nie tylko nie pomogą w przetrwaniu niezależnych instytucji medialnych, ale wręcz przyczynią się do śmierci niezawisłego dziennikarstwa. Administracja państwowa – mając prawo decydować o tym, kto dostanie pieniądze – promować będzie media jej przychylne i uległe. O tym, kto będzie zwycięzcą, a kto przegranym, decydować będzie – zamiast rynku – rząd. Ten, kto daje pieniądze, ten – bez wątpienia – posiada także kontrolę. (patrz: Sorry America, A Newspaper Bailout Won’t Save Newspapers, Obama is „Concerned” About Blogosphere, Separation of Press and State). Warto zaznaczyć, że pojawia się także sporo głosów, twierdzących, że obecna prasa jest już tak bardzo stronnicza i uległa, że nie ma czego ratować, a każda próba państwowej pomocy odebrana będzie jako „spłata długów” Obamy z okresu kampanii wyborczej.
Wspomagać kanały dystrybucji, nie redakcje
Ciekawą propozycję w artykule Goverment’s Long History of Supporting Journalism, przedstawił Dan Gillmor. Jest on zdania, podobnie jak wielu przytaczanych publicystów, że bezpośrednia pomoc upadającym spółkom medialnym jest działaniem niekorzystnym i nieetycznym. Co więcej – uważa on, iż „stare media”, wykazując przez dziesięciolecia bezprzykładną pazerność i wykorzystując do granic możliwości swą monopolistyczną pozycję w nierównej walce z konkurencją, w pełni zasłużyły sobie na obecną kryzysową sytuację. Wskazując na przykłady z historii USA, kiedy to federalne pieniądze przeznaczane były na subsydiowanie przesyłek pocztowych zawierających gazety i czasopisma (a nie na finansową pomoc dla właścicieli tych periodyków), twierdzi on, iż najlepszym rozwiązaniem mogącym zapobiec odcięciu społeczeństwa od źródeł informacji byłaby finansowa pomoc w rozbudowie infrastruktury sieciowej tak, aby cały naród miał dostęp do kablowego internetu szerokopasmowego. W ten sposób – nie wspomagając upadających (samych sobie winnych) korporacji medialnych – osiągnęłoby się nadrzędny cel, jakim jest nieograniczony, powszechny dostęp do wiedzy.
Wciąż jednak pozostaje pytanie o to, w jaki sposób sprawić, aby dostarczane tą drogą informacje były informacjami rzetelnymi, bezstronnymi, ważnymi i uczciwymi.
Yes, we can?
Po drugiej stronie barykady – wzniesionej już jakiś czas temu, a umocnionej przez prezydenta w ostatnich miesiącach – pozostają miliony tych, którzy uwierzyli. Tych, którzy rok, dwa lata temu stanęli murem za Obamą, odpowiadając na jego wezwanie: „Yes, we can!”. Wśród nich niezliczona ilość blogerów, administratorów forów internetowych, użytkowników serwisów społecznościowych i dziennikarzy obywatelskich. Setki tysięcy ludzi, których sieciowa aktywność umożliwiła zdobycie przez Baracka Obamę nominacji swej partii i – w konsekwencji – wygranie zeszłorocznych wyborów. Przypomnijmy – to do nich, na początku prawyborów, zwrócił się z prośbą o wsparcie czarnoskóry outsider Demokratów, skazany na szybkie pożarcie przez Hillary Clinton. To oni organizowali wiece, informowali o nich w internecie i wpłacali po kilkadziesiąt dolarów dla człowieka, który obiecywał zmianę. Dla człowieka, który swoją karierę uzależnił od poparcia masy amerykańskiej młodzieży, masy internautów.
Czy wówczas, na początku 2007 roku, mało znany senator z Illinois był takiego samego zdania o blogerach, jakie wyraził przed miesiącem? Czy prosił o pomoc ludzi, których uważał za nierzetelnych i niezdolnych do rozumnego dialogu?
Co ciekawsze, „współpraca” internetowych aktywistów z Obamą (a może raczej ich eksploatacja przez Obamę) trwa nadal. Pomimo tak negatywnego zdania prezydenta o rzetelności blogerów, pomimo tego, iż „anonimowy pracownik Białego Domu” nazwał ich niedawno dzieciakami, które powinny w końcu dorosnąć (o czym pisze The Huffington Post w artykule Bloggers Furious At White House For Anonymous Ridicule), są oni wciąż proszeni przez Obamę o pomoc. W The Huffington Post czytamy, że internauci namawiani są przez Biały Dom do aktywnego włączania się w procesy legislacyjne – czy to poprzez udzielania wsparcia rządowym inicjatywom, czy też przez monitorowanie doniesień prasowych. Mało tego – blogerzy, których aktywność zagrozić może, jak stwierdził prezydent w przytaczanym wielokrotnie wywiadzie dla Toledo Blade, amerykańskim wartościom demokratycznym – zapraszani są do Białego Domu zarówno na ekskluzywne konferencje prasowe, jak i na nieformalne spotkania z urzędnikami federalnymi, dotyczące najistotniejszych kwestii państwowych (np. reformy systemu opieki zdrowotnej).
Niemal wszyscy fachowcy zapewne ochoczo przyznają rację Obamie: w przeważającej większości autorzy nowych mediów nie spełniają wysokich wymagań stawianych niezależnej, wiarygodnej prasie. Wielu z tych fachowców, tak na marginesie, stwierdzi zapewne, że teza ta jest prawdziwa również w odniesieniu do „starych mediów”.
Problemem do rozwiązania – niezwykle istotnym – pozostaje zatem odpowiedź na pytanie: co zrobić, aby zapewnić społeczeństwu nieskrępowany dostęp do niezależnej, wiarygodnej i uczciwej informacji? Na to pytanie amerykański prezydent jak dotychczas nie odpowiedział, natomiast jego zachowanie w stosunku do blogerów określić można delikatnie jako nieeleganckie. Abstrahując od ludzkich uczuć lojalności czy wdzięczności, trzeba zauważyć, iż Obama zraża do siebie grupę społeczną, która wydatnie pomogła mu w zeszłorocznym zwycięstwie i mogłaby być potencjalnym sojusznikiem w następnych wyborach. Oburzeni blogerzy mogą odwrócić się od swego ukochanego przywódcy w takim tempie, w jakim wsparli go kilkanaście miesięcy temu. Z drugiej strony, jak pisze na łamach CBS News, John Nichols: tak ostrą krytykę ze strony rządowej blogerzy powinni przyjąć jako dowód na to, że mają rację pisząc, iż prezydent utracił całkowicie kontakt ze swymi wyborcami.
Problemem zatem nie jest negatywna ocena blogerów przez amerykańskiego przywódcę, tylko fakt iż korzysta on z ich usług, jednocześnie twierdząc, że mogą oni zagrozić podstawom amerykańskiej demokracji. Zaprasza ich na konferencje prasowe, z drugiej strony zastanawiając się czy nie wspomóc upadających gazet, o których kontrolowanie z kolei prosi nierzetelnych internautów.

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska




Co robić, odpowiedziano w artykule: „wspomagać kanały dystrybucji, nie redakcje” – i tego należy się trzymać, pamiętając jednak, że w dzisiejszym świecie pełnym postępu technologicznego lepiej już wspomagać kanały dystrybucji online. Prawda jest taka, że i zwykli bloggerzy mogli by dochodzić do prawdziwej prawdy, jeśli mieli by odpowiedni budżet i nie musieli się martwić o pieniądze.
Boli nie pogląd Obamy na bloggerów (który niestety w dużej części jest prawdą) ale wrzucanie wszystkich bloggerów do jednego wora, bowiem po pierwsze nie każdy blogger pisze o polityce, a po drugie są bloggerzy piszący o polityce w sposób rzetelny.
Co innego władzę zdobyć, a zupełnie czym innym jest ją sprawować. Tutaj nie ma już jednomyślnego niemal poparcia sfery blogowej. Nie mówiąc już o odległej drugiej kadencji.
Z tego przecież doskonale zdaje sobie sprawę.
Wydaje się więc, że ze strategicznego punktu widzenia może dokonać się jakaś próba „obłaskawienia” części blogerów, mających największą moc opiniotwórczą, przy jednoczesnych pozorach zachowania ich niezależności. Nagrodą byłby choćby „poziom” dostępu do informacji będących w posiadaniu administracji. Jeżeli tak się stanie, będzie to prawdziwe wyzwanie dla pozostałej części blogerów. Demaskowanie „niezależnych”.
Patrząc ogólniej na problem dostępu do informacji, jedno jest pewne. Jest to sprawa absolutnie priorytetowa. Dlatego ani dziś, ani jutro, nic nie będzie dane na zawsze. O to zawsze będzie się toczyć „wojna”.
Obama uśmiecha się do każdego. Tylko, że gdy zwraca się do następnego by się do niego uśmiechnąć, to odwraca się plecami do pierwszego, którego zaszczycił uśmiechem przed chwilą.
To chyba kolejny dowód na to, że politycy wciąż jeszcze nie wiedzą jak „ugryźć” sieć i internautów
> > >Przyjmijmy jednak założenie (z którym zgadza się chyba większość komentatorów i analityków), że państwo ma prawo (a nawet obowiązek) ingerencji w przypadku, kiedy zagrożone jest istnienie podmiotów dystrybuujących wiarygodne, rzetelne i bezstronne informacje.
- to idiotyczne i skandaliczne załozenie, zwlaszcza biorac pod uwage historie panstwowosci i notoryczna tendencje do przeklamywania faktow historycznych. przypomnijmy skad wzielo sie okreslenie, ze „zwyciezcy pisza historie” i ze wladza interpretuje rzeczywistosc historyczna pod kątem swoich ideologicznych potrzeb.
Artykuł generalnie ujawniajacy kiepskie zrozumienie idei wolnosci i demokracji (pojmowanej jako wladza ludu a nie wladza elit)
Sama intencja zamykania internetu ujawniona jakis czas temu przez Johna Rockefellera IV zdaje sie byc obecnie celem politycznym administracji Obamy. Swinska Grypa i wprowadzenie stanu wyjatkowego moze w tym dopomóc przynajmniej w pewnym zakresie.
Mamy zatem wtyrazny sygnał, źe elity wladzy dążyć będą coraz intensywniej do wprowadzenia globalnej dyktarury totalitarnej.
Tematem tego tekstu jest sytuacja mediów w zachodnim społeczeństwie początku XXI wieku, a nie analiza koncepcji politycznych.
Sprawa dotyczy konkretnych pytań (o rolę mediów, ich funkcjonowanie i przyszłość) w ramach zastanego, wypracowanego porządku politycznego. W ramach tego porządku przyjęto, że jednym z jego filarów są niezależne, rzetelne i bezstronne podmioty informujące społeczeństwo o aktualnych wydarzeniach i umożliwiające dyskusję nad tymi wydarzeniami. Od mniej więcej XVIII wieku taką rolę spełniała wolna prasa, a do jej prawidłowego funkcjonowania potrzebne byłe także (choć nie tylko) różnego rodzaju ingerencje państwowe (choćby w postaci odpowiedniego prawodawstwa). W późniejszym okresie – jak twierdzi spora część teoretyków – prasa przestała spełniać wyznaczane jej role, o czym pisałem obszerniej w tekście „Mass media zagrożeniem dla sfery publicznej http://www.doorg.info/2009/06/10/mass-media-zagrozeniem-dla-sfery-publicznej/ ).
Pytanie, przed jakim stoimy w tej chwili brzmi: jak sprawić, aby odrodziły się podmioty, które będą zarówno źródłem niezależnej – i rzetelnej! – informacji, a zarazem obszarem dyskusji społecznej.
Założenie, które tak krytykujesz nie jest moim założeniem, tylko zostało przyjęte w toku rozwoju demokratycznych społeczeństw okresu postfeudalnego. Można się z tym założeniem nie zgadzać, ale nie jest ono tematem tego artykułu.
Jeszcze ważna sprawa – nigdzie nie napisałem, że państwo ma obowiązek wspomagania „starych mediów” korporacyjnych. Teza jest taka (i o tym między inymi mówił Obama), że państwo ma obowiązek stworzenia warunków, w których funkcjonować będą niezależne, bezstronne i rzetelne media. Pytanie (postawione także w moim tekście) brzmi: kto lub co ma być tymi niezależnymi, bezstronnymi i rzetelnymi mediami i jak sprawić, aby były one w rzeczywistości właśnie takie. Dodajmy do tego, że powinny jeszcze być łatwo dostępne dla jak największej liczby odbiorców.
Ja nie ulegam panice przed globalną dyktaturą. Zupełnie tak samo sprawdza się obecnie dyktatura każdego narodu z osobna, a dokładniej udogodnienia, które w imieniu obywateli rządu krajów (legalnie wybrane) podpisywane są z ponadnarodowymi korporacjami.
Nie potrzeba rządu światowego, żeby było gorzej.
Co do mediów, od wielu lat stały się biznesem, który przy okazji, jeżeli mu to po drodze do zysków, pełni rolę społeczną. Napisałem niedawno, że to mit iż mamy społeczeństwo informacyjne, my mamy „społeczeństwo rozrywkowe”, to tak jaby ktoś twierdził, że mamy społeczeństwo moli książkowych bo… jest nieograniczony dostęp do książek.
Społeczeństwo nie jest informacyjne, może klika jeszcze ze strachu informacje o tragediach, żeby sprawdzić czy to daleko od niego.
Ale zasadniczo jest to społeczeństwo przemęczone nałożonymi ciężarami, czynsze, podatki, ubezpieczenia, brak pewnej pracy itd. Po godzinach społeczeństwo chce się bawić i prasa/media/internet zajmują się zaspokajaniem tej potrzeby.
Obama jest tylko marionetką na sznureczkach i przyczyn jego działań można się łatwo doszukać w wypowiedziach i zamiarach chociażby nawet Johna Rockefellera IV. Jasnym jest, że internet jako ostatnie w pełni niezależne źródło komunikacji i informacji będzie pomału przejmowany pod różnymi pretekstami, chociażby takimi jak piractwo.
dotowac druk czy wspomagac siec?
Najlepiej odpier***ic sie od publicznych pieniedzy i pozwolic dzialac wolnemu rynkowi – klienci sami wybiora co dla nich jest najlepsze, a ci co nie umieja sie dostosowac zbankrutuja.