Ania

True Blood, czyli współcześni krewni i znajomi Draculi

Martwy aż do zmrokuProszę Państwa, oto Sookie. Sookie Stackhouse. Panna Stackhouse ma dwadzieścia kilka lat, blond włosy, niebieskie oczy oraz, jak sama mówi, „długie nogi, spory biust i talię, jak u osy”. Sookie mieszka w Bon Temps, małej mieścinie na południu Stanów Zjednoczonych w domu swojej ukochanej babci, a pracuje jako kelnerka u Sama Merlotte’a. I wszystko byłoby w zupełnym porządku w życiu Sookie, gdyby nie pewne upośledzenie. Nie, nie mam na myśli jej brata Jasona, chociaż rzeczywiście niekiedy można by go nazwać chodzącym kłopotem. Nasza bohaterka ma większy problem – otóż Sookie Stackhouse potrafi czytać ludzkie myśli. Tak było od zawsze. Od zawsze też napawało to ludzi złością i strachem, poczynając od jej własnych rodziców, a na ograniczonych, „wieśniackich” sąsiadach kończąc. Dlatego Sookie nie mówi głośno o swoim darze/przekleństwie, skrzętnie ukrywa tę niezwykłą umiejętność, starając się nie reagować na to, co znajduje w ludzkich głowach, dzięki czemu może żyć w miarę spokojnie. Do czasu.

Polscy czytelnicy mogli spotkać Sookie już pięć lat temu. Wtedy to bowiem wydawnictwo Zysk i S-ka wypuściło pierwszy tom przygód dziarskiej kelnereczki pt. „Martwy aż do zmroku” autorstwa Charlaine Harris i na tym niestety poprzestało. Kto bowiem w 2004 roku (data polskiego wydania), czy może dokładniej – w 2001 roku, kiedy na amerykańskim rynku wydawniczym ukazał się pierwszy tom serii „The Southern Vampire Mysteries” mógł się spodziewać, że zaledwie kilka miesięcy później nastoletni świat oszaleje na punkcie wampirów – wampirzych kłów, obezwładniającej siły ramion czy hipnotyzujących oczu płonących pragnieniem krwi. Na fali tej niezwykłej popularności właśnie świat raczej filmowy niż literacki przypomniał sobie o pani Harris i jej wizji wampiriady – telewizja HBO podjęła się produkcji serialu opartego na jej prozie pt. „True Blood”, w Polsce emitowanego jako „Czysta krew”.

Książka i scenariusz serialu nieco różnią się od siebie. Mam wrażenie, że raczej na korzyść tego drugiego. Fabuła książki jest bowiem, przykro mi to mówić, ale taka jest prawda, prosta jak konstrukcja gwoździa. Opiera się przede wszystkim na płomiennym romansie dziewiczo niewinnej Sookie i niestarego, ale jednak o wiele bardziej doświadczonego, nie tylko w „tych” sprawach, wampira Billa. Sam świat przedstawiony został ujęty dość ciekawie. Alternatywna rzeczywistość, w której, jak to wesoło stwierdzono, wampiry „wyszły z trumien” i ujawniły swe istnienie światu stanowi przyjemną odmianę wśród opowieści o „dzieciach nocy”. Tutaj mogło się tak stać dzięki najnowszemu japońskiemu wynalazkowi – syntetycznej krwi. Wampiry nie tyle przeszły więc na wegetarianizm, co na sztuczne odżywianie i zaczęły walczyć o równe prawa dla swojej społeczności w świecie ludzi. William Compton jest właśnie przedstawicielem tego gatunku, próbującym ułożyć sobie życie w zgodzie w ludźmi. Dopiero co wrócił do swojej starej posiadłości w Bon Temps, którą dzięki nowemu prawu mógł odzyskać i ponownie zamieszkać. Osiedlił się między ludźmi, małomiasteczkowymi, ograniczonymi, nietolerancyjnymi i żarliwie religijnymi wieśniakami, którzy z takiego towarzystwa w najbliższym sąsiedztwie absolutnie zadowoleni być nie mogą. Gdy tylko zawitał w progi Merlotte’s, Sookie natychmiast zwróciła na niego uwagę. Nie mogło stać się inaczej, skoro jej myślowy radar, wyczulony na ludzi i ich wieczną intelektualną sieczkę, nagle nie uzyskał żadnego sygnału od przystojnego na swój ponury sposób, staroświecko eleganckiego dżentelmena. Ostatecznie Sookie i Bill stają się parą, co w świecie kontaktów ludzko-wampirzych nie jest niczym wyjątkowym, jednak uczucie, które ich łączy, przede wszystkim ze strony Billa jest niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju. Razem pokonują różne przeciwności losu, przede wszystkim stając naprzeciw seryjnemu mordercy kobiet, który czyha na życie panny Stackhouse. I ten właśnie wątek, z pożytkiem dla serialu, uczyniono głównym, splatającym całą adaptację. W książce, chociaż także jest obecny, gubi się gdzieś pomiędzy drżeniem serca Sookie przy pierwszym pocałunku, a drżeniem innych części ciała, gdy kelnerka i wampir posuwają się nieco dalej w zgłębianiu więzi ich łączących. I to jest mój główny zarzut w stosunku do książki – autorka uczyniła z niej po prostu harlequinowaty horror z kryminałem w tle, który nie jest uciążliwy w czytaniu, ale który literacko ma zdecydowanie mniejszą wartość niż chociażby dzieła Stephanie Meyer, że o Anne Rice nie wypada w tym momencie nawet wspomnieć. To po prostu czysta rozrywka z rodzaju „guilty pleasure”, którą przyswaja się lekko i wdzięcznie.

Co w serialu jest świetne, a w książce zupełnie zmarginalizowane, to fenomenalne, soczyste postaci drugoplanowe. Przyjaciółka Sookie, Tara Thornton, która w ogóle na kartach książki się nie pojawia, czy jej kuzyn Lafayette, kucharz w barze Sama, to jedne z najjaśniejszych punktów scenariusza. Jędrne charaktery z interesującymi osobowościami niejednokrotnie wprowadzają wątek tak komediowy, jak dramatyczny i w pierwszej serii stanowią świetne filary podtrzymujące fabularną całość. Także wampir Eric, którego pierwowzór literacki bywa nieco rozmyty, w serialu jest niepokojąco mroczny, wielowymiarowy i nieprzyzwoicie intrygujący.

Zapewne niezłym posunięciem ze strony filmowców było zaangażowanie do roli głównej bohaterki Anny Paquin. Dziewczyna o dyskusyjnej, czy może raczej nieoczywistej urodzie, zyskała sobie jako Sookie bardzo wielu zwolenników (w 2009 roku została nawet za tę rolę nagrodzona Złotym Globem), ale również mnóstwo przeciwników. Właściwie najczęstszy zarzut względem serialu, jaki słyszę to właśnie Paquin, jej irytujący niektórych akcent (jesteśmy wszak na Południu Stanów), zwracająca uwagę diastema (przerwa między zębami) czy zalotne trzepotanie rzęs (wszystko w ramach odtwarzania postaci Sookie) są dla wielu widzów nie do przejścia i nawet jeśli nie rezygnują zupełnie z oglądania serialu, to uważają tę postać za duży minus. Na pewno nie pozostawia ona widza obojętnym, co przy tak wielkiej konkurencji na rynku (szczególnie) amerykańskich seriali jest sporym osiągnięciem.

Podsumowując tych kilka uwag: warto sięgnąć po pierwszy sezon serialu – nawet jeśli nie zdobędzie Waszego uznania, to jest to ciekawa alternatywa w stosunku do bardziej niewinnych igraszek Belli i Edwarda. Drugi sezon, którego emisję niedawno zakończono w Stanach nie trzyma już niestety poziomu pierwszej serii i w stosunku do tego, co zaserwowano widzom wcześniej jest bardzo rozczarowujący. Do sięgnięcia po książki zachęcam zaś raczej czytelniczki, rozkochane w mrocznych męskich bohaterach i niewinnych żeńskich bohatereczkach, fanki czystej kilkugodzinnej rozrywki z gatunku harlequin i fantasy. Niekoniecznie w jednym. I, sorry Winnetou, ale absolutnie nie ma się czego wstydzić.

Artykuł można znaleźć też w dziale Film na akademiec.pl

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

Podziel się na:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Google Buzz
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Skomentuj