Monika J.

Przystanek ERASMUS – wsiadaj! bez wahania

Erasmus_2[1]Przyjęło się, iż okres letni najbardziej sprzyja wypoczynkowi, jednak dla przeciętnego studenta wakacje nie zawsze oznaczają błogie lenistwo w cieniu palm. Słodkie „nicnierobienie” kosztuje, czy nad Bałtykiem czy Adriatykiem,  i choć  może, to nie Martwe Morze, to bardzo słono.

Pierwszym problemem wakacyjnego żaka jest oczywiście kasa, a właściwie jej chroniczny niedobór. W roku akademickim takie”anemie” są standardem i nikogo chyba nie dziwi widok chuderlawych studentek, które albo w celach dietetycznych albo oszczędnościowych (tak to już niestety jest, że studentowi/studentce zawsze brakuje pieniędzy) zmniejszają swoje racje pokarmowe. A skoro się nie dojada, to tym bardziej się nie podróżuje. W okresie zajęć można zatem, niemal na amen, zapomnieć o jakichkolwiek wyprawach w nieznane. Ale o dziwo, w lecie nie jest lepiej. Gros studentów, najzwyczajniej w świecie, nie odkłada do skarpety i po prostu nie ma pieniędzy na nawet kilkudniową wycieczkę, inni wybierają harówkę zagranicą, wszystko, aby tylko zarobić na kolejny rok akademicki. Jeszcze innym radość wakacji burzy perspektywa egzaminacyjnej „kampanii wrześniowej”, i w efekcie podróżuje się, ale co najwyżej palcem po mapie…

Tymczasem warto zainteresować się programem, który pozwoli nam nie tylko na semestralny lub roczny pobyt zagranicą w dowolnie wybranym państwie Unii Europejskiej (choć nie tylko), zwiedzanie urokliwych zakątków, podreperowanie znajomości języków obcych, ale również umożliwi nam naukę czegoś nowego i w znacznej części sfinansuje nasz wyjazd. Mowa o programie Erasmus Lifelong Learning, czyli Uczenie się przez całe życie. Jeszcze dwa lata temu program UE funkcjonował pod szyldem Sokrates-Erasmus. Zmiana nomenklatury nie oznacza zmiany zasad wyjazdu na Erasmusa. O tym, że warto z pewnością każdy z nas słyszał wielokrotnie, ale ponieważ Repetitio mater studiorum est (Powtarzanie jest matką nauk), powtórzę raz jeszcze: naprawdę warto! Z akcentem na „naprawdę”. Wiem to z autopsji.

Po pierwsze, paleta europejskich ośrodków uniwersyteckich jest przebogata! Każdy wydział ma podpisane umowy o współpracy z kilkudziesięcioma uczelniami. Dla przykładu wspomnę, że studenci Wydziału Historycznego UAM-u mogą wyjeżdżać do Rzymu, Mediolanu, Sieny, ParyżaErasmus_1[1]-Sorbony, Barcelony, Saragossy, Berlina, Monachium, Fryburga Bryzgowijskiego, Ratyzbony, Pasawy, Bambergu, Marburga, Wiednia, Grazu, Londynu, Pragi, Oslo, Helsinek a także do Rotterdamu na uniwersytet imienia nie kogo innego, ale właśnie Erazma, oraz wielu wielu innych miejsc. Tylko od wybierającego zależy czy zdecyduje się na metropolię czy wybierze mniejsze miasto, chcąc odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku i gwaru.

Po drugie, zakwalifikowanie się na wyjazd nie jest trudnością nie do pokonania. Najważniejsze są chęci i znajomość języka kraju, do którego zamierzamy się wybrać. Dotyczy to krajów niemiecko- i francusko-języcznych, natomiast w przypadku Skandynawii, czy krajów śródziemnomorskich takich jak Hiszpania, Grecja czy Włochy, z reguły wystarcza znajomość języka angielskiego. Oczywiście poligloci są wszędzie mile widziani i dodatkowy kurs hiszpańskiego, czy włoskiego, może nam tylko pomóc. Choć z Erasmusem wiąże się trochę biurokracji i mozolne wypełnianie kilku formularzy, to  tym detalem nie warto się zniechęcać! Najpierw wypełnia się formularze na macierzystej uczelni, następnie już po zakwalifikowaniu kandydata, w wyniku postępowania rekrutacyjnego w Polsce, uczelnia goszcząca kontaktuje się, z reguły drogą mailową, z beneficjentem, później wypełnia się aplikację w odpowiednim języku (angielskim, niemieckim czy francuskim), którą następnie należy przesłać na adres goszczącego uniwersytetu.

Po trzecie, każdy Erasmus otrzymuje dofinansowanie. Kiedy dwa lata temu wyjeżdżałam do Bawarii otrzymałam grant w wysokości 1 500 euro, czyli 300 euro na m-c. Za mieszkanie w niemieckim akademiku płaciłam wówczas 198 euro, do kosztów dochodziła KOMkarta, wyżywienie i oczywiście sławetna kaucja (220 euro) oraz opłata rezerwacyjna bezzwrotna (185 euro) – uiszczane jednorazowo jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego, ubezpieczenie i ewentualne kieszonkowe na podróże po regionie, czy gdzieś dalej w głąb Niemiec. Na szczęście podczas pobytu na Erasmusie, student zachowuje wszystkie swoje przywileje dotyczące stypendiów, zarówno naukowych jak i socjalnych, dysponuje zatem jeszcze dodatkowymi pieniążkami. Gospodarność jak zawsze w cenie, warto kontrolować swoje wydatki, a na pewno uda się nie tylko sporo zwiedzić (dział współpracy z zagranicą proponuje wycieczki dla Erasmusów w wyjątkowo korzystnych cenach), ale również pozwolić sobie na drobne przyjemności. W mErasmus[1]oim przypadku były to dziesiątki zjedzonych paczek Haribo oraz porządny kontyngent niemieckich czekolad i innych wyśmienitych słodkości dla rodzinki. Dodam jeszcze, że obecnie kwota stypendium na Erasmusa uległa zwiększeniu. Dla osób wyjeżdżających w roku 2009/2010 grant do Niemiec wzrósł z 300 na 400 euro/m-c. Analogicznie wzrosły dofinansowania do innych krajów. Nie sposób też pominąć milczeniem, że po powrocie każdy Erasmus otrzymuje jeszcze kilkaset euro, w zależności od tego, czy był na stypendium semestralnym czy rocznym. Rok temu kwota ta wynosiła 400 euro po semestrze pobytu zagranicą, w tym roku wzrosła do 600 euro za pobyt w roku akademickim 2008/2009.

Wrażeń z pobytu w ramach programu Erasmus nie można przeliczyć na euro, czy jakąkolwiek inną walutę, bo czyż zagraniczne przyjaźnie nie są na wagę złota? Po pobycie na Erasmusie myśli się zupełnie inaczej, a czyż nie chodzi nam właśnie o zmianę sposobu myślenia, tak często zaściankowego i odrobinę nietolerancyjnego? Erasmus to największa przygoda mojego życia, dlatego szczerze zachęcam! Pomyśl już teraz. Voluntario nihil difficile! (Dla chcącego nic trudnego!) Erasmus Rotterdamus.

Foto 1 – grupa Erasmusów (z Francji, Włoch, Słowacji i Polski) a w tle jeden zabytków Bambergu, miasta skądinąd zwanego przez Bawarczyków kleine Venedig, czyli Małą Wenecją.
Foto 2 -  Regensburg (Bawaria) Katedra św. Piotra (Sant Peters Dom)
Foto 3 – Monika Jania, Regensburg (Ratyzbona) – Goliatstraße, na malowidle przedstawione zostało starcie Dawida z Goliatem, stad Ulica Goliata

Zdjęcia są własnością autorki.

Artykuł można znaleźć również w dziale Życie studenckie na akademiec.pl

CC-BY
Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

Podziel się na:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Google Buzz
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Skomentowano 5 razy

  1. ximian pisze:

    Wychudzone studentki? Gdzie? To ja musiałem studiować chyba w innym kraju … ale nie. Na tych zdjęciach też nie widzę wychudzonych ;-) Jeśli miał to być wątek humorystyczny to się udało ;-)

  2. michuk michuk pisze:

    Przy okazji polecam wszystkim stronę Erasmuse.pl gdzie każdy może spisać swoje wrażenia z pobytu na Erasmusie oraz poczytać relacje innych.

  3. gragaK GragaK pisze:

    Wiecie co? Ja takie coś nieładnie nazywam: „Ecie-pecie-p***cie”.
    Przepraszam.
    Zdjęcia fajne, lecz co z nich wynika?
    A najgorsze są przeliczanki…

  4. Ossad Ossad pisze:

    ecie pecie doorgolecie ? ;)

Skomentuj