Barbara Romer Kukulska
Wakacje 40 lat temu
Cisza, spokój i ciemność za oknami, zlewająca sylwetki drzew w jedna czarną plamę, uspakaja i działa kojąco na brzęczący jeszcze w uszach gwar. Leże w łóżku wsłuchując się w szmery nocne lasu otaczającego schronisko i powoli uświadamiam sobie jak się tu znalazłam….
* * *
Pożegnanie ze szkołą, bal maturalny, potem książki i nauka, denerwujące dni egzaminów na studia, wielka radość i wreszcie zasłużone wakacje.
Spakowałam plecak, stare łatane wysłużone dżinsy i wyruszyłam w góry. Moją bazą wypadową na szereg wycieczek było schronisko, w którym corocznie spędzałam ferie zimowe. Propozycja pracy w bufecie baraku obok schroniska zaskoczyła mnie. Przyjęłam ją właściwie bez wahania, a kiedy zdałam sobie sprawę z mojej obecnej sytuacji stałam już za ladą bufetu, mając przed sobą tłum turystów wykrzykujących „ Panienko proszę o mapę turystyczną„ ”Szefowa, dwa piwa… albo “ Plose pani o dlopsa..”. itp. Cała siłą woli skupiłam się wtedy na opanowanie tremy. Ręce mi się trzęsły, głos drżał i nie wiedziałam kogo najpierw obsłużyć.
Moje miejsce pracy to barak koło schroniska, dwie duże sale ze stołami, olbrzymia lada z kranem na piwo i szklaną górą kufli, maszyna do robienia wody sodowej, zlew i szafka. Zabawa w sklep i to prawdziwy pociągała mnie jako przygoda wakacyjna, która miała trwać cały miesiąc łącznie z niedzielami. Moje zajęcia nie ograniczały się wyłącznie do miejsca za ladą, ale również do utrzymania porządku w salach i pomocy w kuchni dniach deszczowych.
Pierwsze dni były najtrudniejsze. Do tej pory to ja zawsze patrzyłam na ręce osoby sprzedającej, teraz było odwrotnie. Ustawicznie trzeba odpowiadać na pytania w rodzaju „Proszę pani czy ta czekolada aby świeża?” „Tak ” odpowiadam grzecznie nie mając pojęcia jak długo leżała w magazynie. Na szczęście żadnych zażaleń nie ma. Ciągle też są pytania o ceny, dlaczego takie wysokie; nikt nie wie, że przecież w schroniskach obowiązuje specjalna marża. Najgorsza jednak sprawa to wydawanie reszty, co sprawia mi szczególny kłopot. Poza dziećmi z kolonii, wszyscy turyści mają grube pieniądze tak jakby innych nie było. Zdarza się, że w szufladce nie mam niższej monety niż dwuzłotówkę. Wtedy wydaję reszty znaczkami pocztowymi, dropsami, innej rady nie ma.
Turyści są rozmowni, czasem nawet za bardzo. Tematem przeważnie pogoda. Tych rozmów o pogodzie bywa i kilkadziesiąt t w ciągu jednego dnia. Dla nas, pracowników schroniska, pogoda jest najistotniejsza, od niej zależy ruch w schronisku, a więc nasza praca i utarg.
Lokal jest samoobsługowy. Wypisuję także bloczki do kuchni na gorące dania, chleb, herbatę i kawę, które kuchnia wydaje przy okienku. Nad kuchnią są tablice PROSIMY O ZWROT NACZYŃ – DZIĘKUJEMY. Niestety, niewiele osób spełnia tę prośbę. Co jakiś czas, w momentach słabego nasilenia ruchu, wyskakuję zza bufetu, zbieram ze stołów kufle, strzepuję obrusy, zbieram papierki, przystawiam ciężkie, składane żelazne krzesła, często nabijając sobie przy tym siniaki.
Ale prawdziwy śmietnik jest dopiero na polanie wieczorem. Istna reklama opakowań. Do moich obowiązków należy również chodzenie z koszem wiklinowym i zbieranie śmieci. Aczkolwiek koszy stałych tu nie brakuje i są „pod ręką “ ale widocznie „ozdabianie ” choinek i wsuwanie pod nie różnego rodzaju „prezentów” jest szczególnie wygodne i atrakcyjne. Chodzą więc świtem i o zmroku „leśne ludki” i sprzątają. Leśne ludki to my – personel schroniska plus pies Bernardyn. Wszyscy, bez wyjątku, od kierownika schroniska, szefowej kuchni, pokojowej i zaopatrzeniowca, musimy dbać by po „zalewie” turystami okolica nabrała ludzkiego wyglądu. Turyści – czyli moja klientela jest przeróżna.
Kiedy wpada do sali cała kolonia dzieci oblegają bufet jak mrówki. Z przeróżnych portmonetek, a często chusteczek od nosa wysupłują cały swój majątek. Wydawanie pieniędzy i to właśnie tutaj, na szczycie beskidzkim jest dla nich ogromną przyjemnością. Wszystko tu ogromnie nęci. Chciałoby się mieć kółko do kluczy z emblematem schroniska, wysłać kartkę do mamy, czy cioci i zjeść jeśli nie czekoladkę, to co najmniej dropsy.
Niedziele obfitują w turystów i są najcięższymi dniami tygodnia. Wycieczki, kolonie, harcerze i turyści indywidualni (co za straszne określenie). Wszyscy jakby się umówili. Po przybyciu na szczyt nie oglądają pięknych widoków, lecz „walą” wprost do bufetu. Zdarzają się i nietrzeźwi, z tymi zwykle kłopot- żądają piwa, a mam surowy zakaz sprzedawania nietrzeźwym, czasem wynika nawet awantura, wtedy kierownik przychodzi mi z pomocą,
W niedzielę najczęściej zdarzają się awarie powodujące kłopoty, nierzadko dramatyczne, ale i zabawne. Pewnego razu odwiedziła nasze schronisko wycieczka ze Związku Radzieckiego. Oblegała mój bufet zamawiając duże piwa. Jak na złość piwo w beczce właśnie się skończyło. Należało nabić nową beczkę, ale przedtem przytoczyć ją ze składziku. A tu pech. Ani kierownika, ani zaopatrzeniowca do męskiej i dość skomplikowanej roboty. Wyjaśniłam naszym gościom, że niestety muszą trochę poczekać za co ich serdecznie przepraszam.
Nie spodziewanie z miejsca ofiarowali mi swoją pomoc tak ochoczo i sympatycznie, że nie mogłam jej nie przyjąć. Przytoczoną wspólnie beczkę przygotowaliśmy do podłączenia butli z gazem. Ta skomplikowana operacja była już prawie na ukończeniu, kiedy nagle piwo trysnęło niesamowicie silnym strumieniem w górę oblewając mnie od czubka głowy do pięt, a rozpryskując się oblało również moich zagranicznych gości. Gromki śmiech był odpowiedzią na moja przerażoną minę. Byłam bliska płaczu, że zaraz wybuchnie awantura, na skalę partyjnego Komitetu Bielskiego. Ale moim pomocnikom nie brakowało poczucia humoru, nie tylko się nie złościli za poplamione ubrania, ale serdecznie pocieszali i pomagali wycierać kałużę. Niejednokrotnie były kłopoty z piwem i tylko za nie zbierałam bury od kierownika. Innym razem piwo zupełnie nie chciało się pienić, być może nie było idealnie świeże, lub może dębowa beczka nie była szczelna. Podkręcałam więcej gazu i jakoś to szło. Nagle, kiedy napełniałam kufel stało się z beczką coś dziwnego. Z pomiędzy dębowych klepek zaczęły sikać strumyczki piwa, tak jakby ktoś nakłuł napełniony cieczą balon ze wszystkich stron. Zgłupiałam zupełnie. Co zakręcać? Kurek? Gaz? Piwo? Sikało toto ze wszystkich stron – po moich nogach, po ścianie,bufecie i prosto w nos, kiedy się nachyliłam. Miałam mokrą spódnice, w sandałach chlupało, a o komentarzach i uwagach, które się na mnie sypały od mojej klienteli, wolę nie myśleć. Był to jedyny moment w czasie tego całego miesiąca, kiedy miałam ochotę zostawić ten cały„ kram” i uciec daleko by się wypłakać.
* * *
Za oknami zerwał się wiatr. Drzewa szumią. Jutro rano żegnać się będę ze wszystkimi. Barak będzie zamknięty aż do przyszłych wakacji.
Tylko kuchnia i bufet w schronisku obsługiwać będą turystów, których będzie tu coraz mniej. Wyjeżdża także drugi intendent. Jest studentem zaangażował się tu także na wakacje. Polubiliśmy się i pomagali sobie nawzajem. Zresztą cały personel jest zgrany. No cóż, robota goniła ale łączyły nas wspólne zajęcia. Złość czy dąsy nie pomagały na nasze kłopoty.
A było ich wiele. Kiedyś w południe , w niedzielę, a więc w czasie największego nasilenia ruchu nawaliła pompa. Nie było w czym myć naczyń w kuchni i bufetach. Innym znów razem zgasło światło, a w czasie burzy wiatr wybił dwie szyby w jadalni schroniska. Wszystkie funkcje elektryka, hydraulika, szklarza czy stolarza spełnia tu intendent z kierownikiem. Ten ostatni kładzie się najpóźniej spać, po obejściu całego schroniska i sprawdzeniu czy wszystko jest w porządku. Nie ma ustalonych godzin pracy, jest wszędzie i o każdej porze.
Turyści? Nawet nie zdają sobie sprawy, ile pracy przysparzają nam swoim niechlujstwem. Piorąc obrusy (w schronisku niestety nie ma pralki) często myślałam o tym jak bardzo nie dbają oni o to co po sobie zostawiają. Plamy na obrusach. Dużo plam. Zupełnie jak kolorowa mapa.
Żeby to tylko z piwa, kawy, tytoniu czy wylanej zupy, ale i atramentu a nawet z… pomadki do ust, a przecież serwetek papierowych nigdy nie brakowało na stołach…
Pomocą w praniu obrusów, którą to pracę wykonywałam z własnej inicjatywy i woli, zyskałam sobie sympatie pracownic kuchni, którym zawsze brakowało na to czasu. Efektem tej przyjaźni było, że przybrałam na wadze co najmniej 2 kilo, ale trudno mi było odmówić smacznej repety zupy, serdecznie nalanej przez samą szefową kuchni.
* * *
Miesiąc, który tu spędziłam zostanie w mojej pamięci na całe życie. Kiedy zamknę oczy przed snem będę słyszeć szum lasu i szczekanie psa. Moja praca była wielką przygodą wakacyjną. Zetknęłam się bliżej z innymi ludźmi, niż ci z którymi się spotykałam dotychczas. Wspólnie przeżywaliśmy nasze radości i dramaty, a personel schroniska i jego kierownik wydawali mi się załogą statku, płynącą po morzu ze swym kapitanem. Panował tu pewien konieczny rygor, ale wieczorem, kiedy schronisko jest już prawie puste, wszyscy tworzą jedną rodzinę..
Zostawiam tutaj na szczycie kawałek mojego serca. Nieraz będę wracać tu myślą i być może przyjadę tu znów za rok…
PS. Od pięćdziesięciu lat schronisko prowadzi rodzina Lohman. Obecnie, na zmianę, gospodarzą tam trzej synowie mojego ówczesnego kierownika oraz jego wnuk. Schronisko ma pewien urok i atmosferę, która przyciąga mnie każdego roku. Dziś “mój bufet w baraku” już nie istnieje, ale i tak każdy kąt przywołuje mnóstwo wspomnień. Chociaż minęło tyle lat, schronisko ma te same problemy, turyści nie zmienili wiele swych obyczajów. Niestety, od tamtej pory na szczycie góry ubyło sporo drzew, tak jak i włosów na głowie jego wiernym starym bywalcom.
Na zdjęciach : 1. Przed bufetem z Aleksandrem Lohmanem, jesienią 2008 roku.
2. Schronisko na polanie skrzyczańskiej, autorka w rozmowie z obecnym jego kierownikiem Andrzejem Lohamanem (jesień 2008)
Zdjęcia są własnością autorki.
Tekst opublikowano w nr 32 (455) 10 sierpnia 1969 Ilustrowany Magazyn Studencki „itd”




marzy mi się choć tydzień w górach… choć nie po tej stronie bufetu o której piszesz
górskie widoki są cudowne, gdybym miała taką możliwość pojechałabym w góry bez żadnego ale choćby tylko po to by utrwalić piękno na zdjęciach, choć wspinaczka na szczyty jest bardzo męcząca
Ach, Barbaro, wskrzeszasz najbardziej prywatne momenty mojego życia.
Tam zapewne poznałyśmy się, choć o tym nie wiemy i jak by nie opowiadać, to jednak coś mamy wspólnego: narciarską pasję wraz ze Skrzycznem:
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/sezon_narciarski_juz_sie_rozpoczal_82597.html
oraz
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/spacerkiem_po_alpach_85341.html
[Małgorzato, czy dobrze napisałam: "Skrzycznem" ?]
według mnie tak Grażynko
Cieszę się.
Na przyszłość bardzo proszę bez zdrobnień, gdyż w ogóle jestem Grażyna lub Graga, a dla najbardziej mi przyjaznych – Grażka.
Tym wpisem można wyrazić całą swoją postawę wobec mnie.
Pozdrawiam
Gra.
Przepraszam w takim razie, nie chciałam cię urazić, zdrobnienie którego użyłam wynikało z dobrych intencji.
Rok temu hucznie (50 osób) obchodono 50 lecie schroniska w rękach rodziny Lohman. Zjechali się jego starzy bywalcy z całego świata. Przywiezli swoje fotografie ze schroniska i Skrzycznego. Przez 3 dni mieliśmy świetną zabawę jak za dawnych lat (koniec 60 tych i 70 te i 80 te). To fakt, że z Gra poznałyśmy się na nartach na Skrzycznym. Nawet zdradzę, że mam fotografię z Mamą Gra na nartach. Odkryłam to po 40 latch, przy okazji tego jubileuszu.
) a do drugiej Małgo,
) czy macie coś przeciwko?
))
PS. A ja,idywudualistką;)) będę, do jednej będę mówić Gra,
Gosiu, wybacz, na tym punkcie jestem przewrażliwiona. To moja ‘pięta Achillesa’.
Bas, nie mam nic przeciwko.
Ciekawostka – zdjęcie. No, no… A te szusy młodzieżowej ferajny w piżamach też masz utrwalone?
W porządku Grażyno, będę pamiętać.
Basiu jeśli mam wybór to wolałabym albo Małgoś, albo Gosia, Gosik, albo Goś jak już ma być krótko
Nie jęczeć, tylko jechać!
A jak tu nie jęczeć?
Pod “lustereczkiem” wpisałam obszerny komentarz z historyjką z zycia wziętą n/t A2, kliknęłam ‘Dodaj’, i…zjadło. Nie ma. Poszło w Kosmos. Drugi raz pisać tego samego już się nie chce.
Wot, lenistwo letniej kanikuły.
Zobaczymy, czy i teraz odleci…?….