Marek Lenarcik

Z wizytą w „Czerwonym mieście”

morocco1A może przyprawy? Nie, dziękuję. A może krem na odciski? Nie, dziękuję. To co byś chciał? Właściwie to nie wiem co ja tu robię. Twój brat mnie tu przyciągnął z drugiego końca ulicy, bo w jego sklepie nic nie kupiłem. Oooo to nie dobrze. Jest Ramadan. Jak ja mam gadać i gadać a Ty nic nie kupisz to nie dobrze. Jest Ramadan. Albo kupujesz albo nie marnuj mojego czasu! Jest Ramadan … słyszałem za plecami opuszczając tradycyjną aptekę Berberów .

W Marakeszu wylądowałem tuż przed zmrokiem. Odprawa paszportowa poszła gładko, choć wstrzymałem oddech, gdy urzędnik imigracyjny zatrzymał się na dłużej na moich dwóch amerykańskich wizach i pieczątce z Izraela. Na Bliskim Wschodzie nie uszło by mi to płazem.

Byłem zbyt zmęczony całodniowym spacerem po Madrycie, gdzie miałem przesiadkę do Maroka, by negocjować cenę przejazdu ponad dwudziestoletnim Mercedesem do hotelu, w którym miałem rezerwację. Kierowca ze średnim angielskim nie był zbyt rozmowny. Upewniłem się jedynie, że Ramadan – święty miesiąc dla muzułmanów, w trakcie którego poszczą od zmierzchu do świtu, zaczyna się jutro, a nie dziś. Po dotarciu do trzygwiazdkowego hotelu (w Europie dostał by najwyżej dwie!) Ryad Mogador, starczyło mi sił na prysznic i położenie się spać.

Bardzo wczesnym rankiem obudził mnie odgłos wyjącej syreny. To nie był alarm bombowy, a znak, że czas na ostatni posiłek przed wschodem słońca właśnie minął. Ramadan czas zacząć! Syrenę poprzedziły nawoływania do pierwszej tego dnia modlitwy. A może kolejność była odwrotna?

morocco11Wyjrzałem przez okno, a moim oczom ukazał się niezwykły widok: z tarasu na piątym piętrze widziałem całą medynę – otoczoną murem obronnym, starą część Marrakeszu. W jej centralnym punkcie znajdował się meczet Koutoubia z mierzącym 70 metrów minaretem. To stamtąd dochodziły odgłosy mojej niecodziennej pobudki. Daleko za miastem, niemalże na horyzoncie widać było majestatyczne szczyty gór Atlas. Najwyższa z nich ma ponad 4,000 metrów wysokości.

Termometr na zewnątrz wskazywał 39 stopni. Była 10 rano. Swoje pierwsze kroki skierowałem do medyny. Architektura tego miejsca jest specyficzna. Uliczki są bardzo ciasne, pełne zakrętów i zakamarków. Alejki są tak wąskie, że nawet dział kartograficzny w Google przyznaje, że nie posiada dokładnego zbliżenia tego miejsca. Satelity nie były w stanie wykonać szczegółowego zdjęcia terenu! Kilkaset lat temu taka zabudowa utrudniała zdobycie miasta. Gdy armia najeźdźców zmuszona była do maszerowania gęsiego – podbój był trudny, jeśli nie niemożliwy. Niektóre domy były w opłakanym stanie. Dziury w dachu, brak okien, czasem drzwi. Wokół ludzie w tradycyjnych marokańskich strojach albo starych, podartych łachmanach. Rzeźnicy siekający świeżo ubite zwierzęta niemalże na środku ulicy w zakrwawionych fartuchach, smród, syf i ubóstwo. Gdyby nie skutery, motocykle i ponad dwudziestoletnie samochody próbujące przecisnąć się między kłębowiskiem tubylców i turystów, czułbym się jak w średniowieczu. Udając, że wiem dokąd zmierzam, poznałem Mohameda – prawie pięćdziesięcioletniego niepiśmiennego artystę, produkującego wyroby ze skóry w warsztacie prowadzonym ze swoim ojcem. Zaproponował mi oprowadzenie mnie po mieście za symboliczne osiem euro. Początkowo odmówiłem, ale on maszerował przy mnie dzielnie przez kolejne 10 minut wyciągając mnie kilkukrotnie niemalże w ostatniej chwili spod kół rozpędzonego motocykla. Dałem się namówić.

Mohamed pokazał mi kilka meczetów, szkołę koraniczną, ciekawe ulice, warsztaty lokalnych artystów i sklep z biżuterią, w którym naiwnie uwierzyłem, że naszyjnik stargowany ze 100 euro do 25 naprawdę jest zrobiony ze srebra Berberów. W między czasie robił mi zdjęcia i prosił bym także go sfotografował. Obiecałem mu, że wyślę parę odbitek po powrocie do Irlandii. Mój przewodnik prawie zawsze trzymał się kilka metrów przede mną. Gdy doszliśmy do Jemma-el-Fna – głównego placu w Marakeszu – zrobił się dziwnie nerwowy i praktycznie zmusił mnie do wejścia do kawiarni. Zaproponowałem, że zrobimy sobie kilka zdjęć na placu, ale odmówił wyjaśniając: „Jeśli policja zastanie nas razem to pójdę do więzienia i będę musiał zapłacić karę, żeby wyjść na wolność”. Stało się oczywiste, że bycie niezarejestrowanym przewodnikiem w Marakeszu jest nielegalne.

morocco2Jemma-el-Fna okazała się miejscem magicznym. W dzień praktycznie pusty plac, w nocy stawał się centrum kulturalnym miasta. Stragany z przepysznym jedzeniem, długie stoły pełne turystów zajadających się świeżo pieczonymi potrawami pod gołym niebem, zaklinacze węży, hodowcy małp, wyrywacze zębów, magicy, muzycy, prostytutki i kieszonkowcy – wszyscy przybywali tu co wieczór w jednym celu – zarobić na turystach z zachodu.

Kolejnego dnia wynająłem taksówkę i udałem się do wioski Setti Fatma położonej w górach Atlas, około 60 kilometrów na południe od Marakeszu. Po krótkich, acz burzliwych negocjacjach koszt przejazdu w obie strony z kilkugodzinnym postojem na miejscu zamknął się w 50 euro.

Na miejscu zostałem obskoczony przez lokalnych mieszkańców występujących w roli przewodników po górach. Będąc chyba jeszcze w szoku kulturowym, uwierzyłem, że przewodnik nie chce żadnych pieniędzy, bo to nie jest sezon turystyczny, on jest na emeryturze, nudzi mu się … no i „przecież nie ma sensu kupować ryb w oceanie, prawda?” Po krótkim spacerze do metrowego wodospadu i z powrotem mój darmowy przewodnik zażądał 50 euro. Po długich protestach z obu stron i nacisku jego pięciu kolegów zgodziłem się dać 20. Ahmed przyjął tą sumę ze zdegustowaną miną i wykrzyczał mi w twarz: „No daj mi jeszcze 5 – przecież stać cie na to!”. No cóż, biznes w Afryce rządzi się swoimi prawami.

morocco6Pozostałe dni swojego krótkiego pobytu w Maroku postanowiłem spędzić w Marakeszu. Komplikacja medyny, różnice kulturowe i problemy językowe (większość Marokańczyków mówi tylko po arabsku i francusku) sprawiły, że nadal czułem iż miasta dobrze nie poznałem. Zawitałem do Majorelle Gardens pełnych palm, kaktusów, bananowców i innych tropikalnych roślin, pałacu el Badi (Nieporównywalny Pałac) – obecnie raczej nieporównywalne ruiny, a także do el Bahia Palace. Odwiedziłem także groby dynastii Saadynów rządzącej Marokiem w XVI i XVII wieku oraz dziesiątki sklepów, do których wciągany byłem niemalże siłą. Niestety nie udało mi się dotrzeć do Agdal Gardens – największych ogrodów w Marakeszu. Ogrody przylegają do Pałacu Królewskiego. Pech chciał, że król Mohamed VI akurat przebywał z wizytą w mieście i cały teren został wyjęty z użytku.

Kilka dni w Marakeszu były dla mnie fascynującym i niezapomnianym doświadczeniem. Choć Maroko jest jednym z lepiej sytuowanych krajów w Afryce, przepaść kulturowa i cywilizacyjna między Europą a najbiedniejszym z kontynentów jest niewyobrażalna. Choć nie mówię po hiszpańsku, lądując w Madrycie odetchnąłem z ulgą. Podróżując po świecie nie ma znaczenia czy wracam do Polski, Hiszpanii czy Irlandii. Wszędzie zasady są podobne i ogólnie znajome – Europa to mój dom.

Artykuł oryginalnie ukazał się w magazynie Polski Express

Fotografie są własnością autora (CC-BY)

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska

Podziel się na:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Google Buzz
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Skomentowano 12 razy

  1. Michał Sałaban pisze:

    Widzę, że wrażenia masz podobne do moich. Z tym, że na mnie „przewodnicy” zarobili w Chefchaouen, bo wizytę w Maroko zacząłem od północy. Do Marakeszu dotarłem po miesiącu, na sam koniec, po przejeździe przez Maroko i tułaniu się po Saharze w Mauretanii. Po takiej eskapadzie wszystkich dziadów spławiałem więc koncertowo ;)

    Wytrzymałem jeden dzień. Gdy tylko odespałem dwudniową podróż autokarem, zwiałem z tego Marekszu w sam środek Atlasu. Spotykani na szlaku przewodnicy kilkukrotnie zaczęli rozmowę pytaniem „Jesteś z Polski?”. Jak się okazuje, nasi rodacy mają skłonność do zwiedzania tych gór samotnie i niezatrudniania przewodników :) Zresztą, śmiałem się w duchu, widząc jak Berberowie czarują zachodnich turystów, wmawiając konieczność wynajęcia mułów i strasząc niebezpieczeństwami tych bardzo przyjaznych gór.

    Maroko mnie trochę zawiodło. Przede wszystkim powszechną pazernością na pieniądze. Oczywiście świadom jestem, że nie mówiąc po arabsku ani po francusku, miałem sposobność komunikować się głównie z elementem żyjącym z naiwnych turystów. Wierzę, że przeciętni Marokańczycy są przyjaźniejsi, no ale problem komunikacyjny nie pozwolił nawiązać wielu znajomości. Trochę lepiej wyglądało to na północy, gdzie mogłem dogadać się po hiszpańsku.

    Co do Europy i jej znajomej atmosfery – zgoda. Maroko jest wyraźnie odmienne kulturowo. Ale to co mnie zaskoczyło, to kontrast między tym krajem a Iranem. Wydawałoby się, że leżąc tak blisko Europy, powinno być do niej dużo bardziej podobne niż Persja. Nic z tych rzeczy! Może to kwestia powszechnej znajomości angielskiego, ale w Iranie nie czułem takiego szoku kulturowego. Nie dość, że ludzie przyjaźni i zaciekawieni przybyszami, to jeszcze – nie licząc taksówkarzy – nie próbują wyciągnąć pieniędzy. Handlarze na bazarze zachowujący się z większą godnością, nie wciskający towaru na siłę… Pewnie to kwestia małej liczny turystów, ale Iran wydaje mi się o lata świetlne bliższy Europy.

    PS: Marku, jak to jest, że byłeś w Iranie ostatnio, posiadając paszport z izraelską wizą? Czy może po prostu publikujesz artykuły niezgodnie z chronologią podróży? :)

  2. Michale, zdecydowanie uważam, że powinieneś podzielic się z czytelnikami doorga historiami z twoich afrykańskich podróży w formie artykułów. Kto jest za?

    Nie wiem z czego wynikają różnice między Marokiem a Iranem, ale zgadzam się, że oba kraje są totalnie inne. Swoją drogą w Iranie podobało mi się znacznie bardziej! Może to brak turystów w Iranie… a może fakt, że to nie jest kultura arabska, która chyba w każdym kraju do jakiegoś stopnia zaarabizowanym ma podobne cechy? Odnoszę wrażenie, że Persowie jako naród są znacznie bardziej dumni i taktowni niż Arabowie. Ale mogę się mylic.

    PS. W Maroku byłem we wrześniu 2008, w Iranie na przełomie marca i kwietnia 2009 (Nou Rouz). „Zgubiłem” paszport przed wyrobieniem sobie irańskiej wizy i musiałem sobie wyrobic nowy. Potrzeba matką wynalazku! ;-)

  3. Małgorzata Juszczak GosiaJ pisze:

    Ja też jestem za!!! ;) Szczególnie bym przeczytała o Atlasie i w ogóle o prowincji Maroka.

    A jeśli kogoś interesuje Maghreb a jest uczulony na naciągaczy polecam Algierię, ąż trudno uwierzyć bo to kraj sąsiadujący, a zero nagabywania, może dlatego że nie ma tam jeszcze za bardzo turystów…

    Oj Marku, Ciebie to chyba jeszcze czeka kilka nowych paszportów, co? ;)
    Radze ci wymienić przed Izraelem, no i po jeśli będziesz dalej jeździł do Iranu czy krajów arabskich (normalnie można prosić o nie wbijanie pieczątki ale na ten program niestety trzeba ją mieć w paszporcie;()

  4. Michał Sałaban pisze:

    Faktycznie, mógłbym się w końcu zmotywować i spisać coś z tej podróży. Notatki mam, archiwum pisanej na żywo korespondencji – również. Zdjęcia są. Tylko czasu i motywacji trochę brak. Ale z tym drugim właśnie mi pomogliście :)

    Gosiu, czy do Algierii da się zorganizować wizę bez zaproszenia? Pamiętam, że kiedyś ten temat badałem, ale nie znalazłem jednoznacznej odpowiedzi. Procedura wyglądała dość niejasno.

    Przy okazji, od spotkanego na trasie Anglika podczytałem rewelacyjną książkę: Barnaby Rogerson – „A Traveller’s History of North Africa”. Tak ciekawie napisanej książki historycznej dawno nie widziałem i właśnie mam zamiar zorganizować sobie egzemplarz. Jeśli ktoś wybiera się do krajów Magrebu, to jest świetna pozycja wprowadzająca.

  5. Gosiu, no ja słyszałem, że pieczątkowe problemy Iran-Izrael działają w obie strony. Jak mnie zaakceptuja na program to będę się martwił. Ciekawie jest to rozwiązane w USA i kilku innych krajach (chyba np. w Estonii). Otóż obywatele tych krajów maja prawo do posiadania dwóch paszportów. Na jednym się lata do Izraela, a na drugim wszędzie indziej. Spryciarze…

  6. Małgorzata Juszczak GosiaJ pisze:

    Marku: hehe, no rzeczywiście spryciarze, szkoda, że u nas tak nie ma. W każdym razie kontrola przy wjeździe, a szczególnie wyjeździe z Izraela do przyjemności nie należy (ale chyba znasz to z autopsji) poziom agresji bardzo mi wzrasta po takiej „rozmowie”. Z pieczątkami chodziło mi o to ze przy wjeździe do Izraela można poprosić, żeby nie wbijali pieczątki do paszportu tylko na osobną karteczkę (ale jadąc z programem radzą, żeby mieć ją jednak w paszporcie). Na pewno się dostaniesz, ale Ci zazdroszczę!

    Michale: w Algierii nic nie jest jasne, to po pierwsze;) Ja miałam zaproszenie więc raczej trzeba. Pewna nie jestem, zadzwoń najlepiej do ambasady, choć niekoniecznie dowiesz się tam konkretów. Ambasadę odwiedziłam 3 razy, za każdym razem lista potrzebnych dokumentów się wydłużała, trzeba być po prostu cierpliwym i stanowczym. A co wybierasz się?
    Dzieki za info o książce, tez będę ja kombinować. Ogólnie nienawidzę książek historycznych ale jak mówisz, że taka przystępna to spróbuję się przełamać;)

  7. Gosiu: Do Algierii? Bardzo chętnie! Nie planuję jeszcze nic konkretnego, bo widzę parę innych miejsc gdzie bardziej mnie ciągnie, ale czemu nie?

    Jeśli można niedrogo spać w podrzędnych hotelikach, żywiąc się wraz z lokalsami w tanich knajpach, jeśli znają inne języki obce niż francuski (w to akurat wątpię ;) to idealnie!

    Że żyją niespiesznie i mają piękne krajobrazy, to już wiem :)

  8. Ja to bym do Iraku albo Afganistanu poleciał. Lecąc do Iranu chciałem leciec najpierw do Kuwejtu, a stamtąd lądem do Iraku przez Basrę do Iranu. Ale wybito mi to z głowy podając tzw. wskaźnik ELT – Estimated Living Time, który dla obcokrajowca w Iraku wynosi 20 minut LOL. Dowiadywałem się też o możliwośc przekroczenia granicy irańsko-afgańskiej w okolicach Heratu, ale pan konsul z ambasady w Kabulu też mi odradził. Powiedział, że to ma sens tylko jeśli znam lokalny język i mam na serio dobrych przyjaciół w Afganistanie w tamtych rejonach. Niestety nie spełniam żadnego z tych warunków. Zapraszał mnie za to serdecznie do Kabulu, ale jak wyraziłem głębokie zainteresowanie to sobie przypomniał, że jest urzędnikiem państwowym i powiedział, że jednak odradza ze względów bezpieczeństwa :-) .

  9. Do Heratu jeszcze niedawno dało się jeździć, właśnie po długotrwałym wierceniu dziury w brzuchu konsulowi. Ale ostatnio nawet świetnie uzbrojeni żołnierze boją się po tym kraju podróżować.

    Na razie mam chętkę na północny Pakistan, bo uwielbiam góry. Swat raczej długo jeszcze będzie niedostępny, ale Karakoram Highway ciągle ma się dobrze. Nie wymyśliłem jeszcze konkretnego planu jaką trasę obrać po przekroczeniu chińskiej granicy.

  10. No w Pakistanie tez ostro się dzieje. Tu polecam sledzic jak z bezpieczenswtem tam: http://www.insurgencywatch.com/

  11. Małgorzata Juszczak GosiaJ pisze:

    Dobre, Marku ;) Te wszystkie wskaźniki są dla turystów (my jesteśmy podróżnikami LOL). Jak bylam w Algierii, to na stronie ambasady USA było „Extreme risk”.
    A jak tylko będziesz znał wyniki rekrutacji daj mi koniecznie znać, bardzo Ci kibicuję. A jakie miejsce preferujesz?

    Michale, tak tylko zapytałam bo pytałeś o wizy wiec myślałam, ze się wybierasz. Ja odwiedzalam lokalnych znajomych, więc nie jestem dobrze zorientowana w „accomodation”. Ale w Oranie spaliśmy w tanim hoteliku, więc na pewno są. Niestety z językiem jest podobnie jak w Maroku. Cóż, język to jednak podstawowe narzędzie komunikacji i nie poznamy tak kraju i ludzi nie znając choć podstaw, choć powiem wam, ze byłam w stanie prowadzić wielogodzinne dyskusje posługując się bardzo marnym francuskim i trzema słowami na krzyż z arabskiego. Jednak komunikacja niewerbalna rulezzz!

    A ja to w ogóle bym pojechała wszędzie, znacie jakiś szybki sposób na zarobienie dużej ilości pieniędzy? ;)

Skomentuj