Paweł Witek
Laura spać nie może
Opowieść młodej kobiety, która - gdy nie pracowała - czytać książki uwielbiała
Laura kręci się w łóżku. Sen złośliwie nie przychodzi, a ona zdesperowana, zaczyna myśleć o tym, dlaczego jest taka niespokojna. Audyt w pracy? Nie, nie, nie. Zobaczyła dzisiaj ludzkie zwłoki na ulicy, pakowane przez poważnych, wąsatych mężczyzn do plastikowego worka, kojarzącego się z workami na śmieci pod zlewozmywakiem (uf, terror skojarzeń). Widok ten, och ty głupia, nic nie znaczy. Ludzie umierają, wpadają pod samochody, tramwaje; ich rowery są potrącane na ruchliwych, ciasnych drogach, pijani włażą nie tam, gdzie trzeba.
A jednak zasnąć nie można. To wszystko stąd, że się wykoleiłam troszkę. Skonfundowało mnie, że zwłoki w plastiku okazują się być bardziej poruszające od audytowych odkryć.
I co dalej? Laura przypomina sobie, że będąc nastolatką, potem dwudziestokilkulatką, miała coś do powiedzenia i niektórzy tego nawet słuchali. A potem stało się: rutyna tak repetytywna, jak tylko Afrojax potrafi wyrapować, o której zdała sobie tak naprawdę sprawę właśnie teraz. Wracam do korzeni – zdecydowała – będę znowu pisać, a ludzie będą to czytać. Tak ma być!
I wiem, co jutro napiszę. Napiszę o Kobiecie z wydm Kobo Abe, bo właśnie skończyłam czytać. Co prawda ta powieść wcale mnie nie powaliła na kolana, a z tego co piszą – powinna, ale z pewnością w mojej recenzji wspomnę o tym, że to jest bardzo intrygujące: powieść uznana za wybitną, za arcydzieło światowej literatury nie trafia w mój mocno snobistyczny gust. Jestem jednak sprytna i domyślam się, dlaczego tak jest oceniana. Poznałam przepis na klasykę. Na rzecz kanonową i wybitną. Ma to być uniwersalne. To znaczy, czytając starą opowieść teraz, jestem w stanie odebrać ją osobiście i przymierzyć do mojego otoczenia, do problemów, wątpliwości, które mnie pochłaniają. Kobieta z wydm spełnia ten warunek idealnie. Bohater, entomolog amator, szukając pewnego owada – cicindelę, wpada w pułapkę (dom otoczony ścianami z piasku) i zostaje zmuszony do ciągłego odkopywania okolicy z tego piasku. Wybiera piasek, wrzuca do wiader, wybiera, wrzuca do wiader, wybiera…
Jest tam też kobieta. Wszyscy piszący o tej powieści wspominają o niej ciągle, o jej magnetycznej sile, tajemniczości… Nie, no bez przesady. Nie wiem, może to przez to, że sama jestem kobietą? Ale to dla mnie zupełnie martwy trop. Magnetyzm wynika nie z jej osoby, lecz z całej sytuacji. Wydobywanie piasku jest wymuszane przez nieokreśloną radę wioski, która ten piasek gdzieś sprzedaje. Kobieta-towarzyszka bohatera jest tylko imago, ostatecznym etapem rozwoju korporacyjnego zwierzęcia. Bohater się nim staje w trakcie. Nie ma tu tajemniczości. Jest tylko ta uniwersalna metafora, która jak mi się wydaje, wywołuje u odbiorców osobiste reminiscencje. W moim przypadku wstrząsnęło mną bezproduktywne powtarzanie monotonnych czynności. To ja?! To moja matka-korporacja?! Skąd Abe o tym wiedział? Skąd wiedział, gdzie zaprowadziła mnie moja cicindela? To jest dopiero tajemnica!
Laura, już zrelaksowana, wyciągnęła się w łóżku i uśmiechnęła do sufitu. Tak, tak, dobrze mi idzie. Jeszcze jedno. Koniec opowieści, mimo całej niepozorności, jest potwornie dołujący. Kompletnie inaczej niż w innej historii o borykaniu się z rutyną: To oślepiające, nieobecne światło Tahara Ben Jellouna, gdzie mimo całej porażającej, natarczywej fizjologii pchającej się każdym porem postaci na kartki powieści, mimo beznadziejności sytuacji więźniów uważających się już za zmarłych, nieobecne światło dodaje czytelnikowi otuchy w jakiś fascynujący sposób. Opowieść Jellouna jest brutalna i okrutna, ale też piękna i budująca. Bardzo byłam zadowolona, że przeczytałam ją zaraz po „Kobiecie z wydm”. W zasadzie wszyscy wiemy, że świat nie jest prosty, ale inspirujące jest doświadczać tego bardziej bezpośrednio.
I tak Laury umysł osiągnął pewien stopień psychicznego zaspokojenia, sen zaczął się sączyć. Tak, to wszystko napiszę im w takiej właśnie postaci. Ale jutro.
Fot. Cicindela (licencja CC-BY-SA/2.5), autor Richard Bartz z serwisu Wikimedia Commons
Fot. obwolut książek: „Kobieta z wydm” i „To oślepiające, nieobecne światło”

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.




Interesujący pomysł ze zmianą… hm, płci narratora
„To oślepiające, nieobecne światło” to jedna z ciekawszych książek jakie w ostatnim czasie czytałam, a z pewnością – najbardziej wstrząsających, zwłaszcza jeśli podczas przewracania kolejnych stronic ma się świadomość, iż to wszystko zdarzyło się naprawdę. I nie ma hepiendu, w przeciwieństwie do niektórych relacji głównego bohatera powieści Jellouna, który z lubością opowiadał współwięźniom scenariusze holiłódzkich filmów…
Pawle, dużo czytasz takiej „egzotycznej” literatury?
Ech, tak wyszło, ale tak poza tym to wszystko w porządku

Czasami, szczególnie jak ktoś poleci coś interesującego w swoich komentarzach pod tekstem
http://www.do.org.pl/%E2%80%9Ean-ordinary-man%E2%80%9D-%E2%80%93-prawdziwy-hotel-ruanda/
Tak, powieść Jellouna jest niesamowita, a z tym endem hepi, to zależy, jak na to spojrzysz. Mnie się wydaje, że historia kończy się dobrze. To znaczy bohater będąc przez 18 lat w sytuacji granicznej nie został złamany; zachował człowieczeństwo. Niewiarygodne! Wkraczamy tu odrobinę w rejony, które poruszył Michał w ogromnie ciekawej recenzji obok: „An ordinary man (…)”. Bądź tu mądra i spróbuj zdefiniować, którzy ludzie na przekór wszystkim okolicznościom zostają bohaterami? Ordinary men
Czy dużo tak „egzotycznie” czytam? A nie wiem, nie mam porównania