koyaanisqatsi
Keep smiling po polsku
Po eksperymencie z romantyzmem, mini badań na Polakach ciąg dalszy. Skoro tak bardzo uwielbiamy narzekać, karmimy się cudzym nieszczęściem, uwielbiamy się umartwiać i dołować, postanowiłam sprawdzić jak reagujemy na szczere proste emocje. Ostatnie zdanie może być wzięte za grubą przesadę, z prostego powodu. Tak samo jak uwielbiamy swoje umartwianie się, tak mocno nie znosimy krytyki. Polacy mają “uciemiężenie” zakorzenione w tradycji i we krwi. Jak nie oblegani przez inne narody, jak nie zniewoleni przez Niemców, to przez Rosjan, jak nie uciszani przez komunę to przez siebie samych. Nie ma się co spierać, kochamy być prześladowani, biedni, smutni i żałowani. A nie daj Bóg, zamiast nas żałować ktoś nam to wytknie, to już się obrażamy i mamy kolejny powód do bycia nieszczęśliwymi. A to z powodu braku zrozumienia dla naszego smutnego dziedzictwa, dla naszej poważnej historii, mało śmiesznej sytuacji politycznej, bezradności i nieumiejętności poradzenia sobie przez ostatnie dwadzieścia lat z demokracją.
Zawsze znajdzie się powód do bycia niezadowolonym. Choćbyś miał u boku wspaniałego człowieka, świetną pracę, dobrą sytuację materialną, zdrowie, przyjaciół i ładnego psa, to w towarzystwie nie będziesz się tym cieszył. Powiesz o tym mimochodem i zaraz szybko dodasz, że pies ma pchły, żeby się nie narazić na zazdrość rozmówców, a zaspokoić nieświadomie ich potrzebę poczucia, że Tobie też coś się nie udaje. Bo jeśli nie daj Boże wszystko masz na miejscu, to sobie znajdą jakiś powód, żeby nie pozostawić na Tobie suchej nitki, a tak to przynajmniej porozprawiają o pchłach. Smutne to jest niezwykle, ale prawdziwe. Czy przekoloryzowane? Nie sądzę. Jeżdżąc autobusami, tramwajami, wchodząc do sklepów, urzędów, na poczty, i do biur widzimy posępne twarze. Zamyślone, zachmurzone czoła. Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie, ale powaga i pochmurność króluje. Ktoś powie, że nie mamy się z czego cieszyć. Co za bzdura. Nie chodzi mi również, o nawiedzone “szczerzenie się jak łysy do grzebienia”, ale o zwykły przyjazny uśmiech i trochę dziecięcego optymizmu. Czy coś takiego w Polakach istnieje?
Postanowiłam wychodząc z domu, pilnować się, nie dać się zmanipulować swoim posępnym myślom i uśmiechać się do wszystkich spotkanych na ulicy ludzi najserdeczniej i najżyczliwiej jak potrafię. Eksperyment udowodnił mi jedynie, że mam rację. A nikt tak bardzo nie lubi mieć racji niż (jeszcze) młoda (jeszcze) rozemocjonowana kobieta…
Po pierwsze strasznie ciężko jest złapać kontakt wzrokowy z przechodniami, z mijanymi osobami, nawet z tymi, które tak naprawdę donikąd się na razie nie śpieszą (bo czekają na autobus na ten przykład, lub sprzedają jakieś produkty w sklepie. a kolejka nie nagli). Większość ludzi których mijam ma wzrok wbity w ziemię i podąża w sobie znanym kierunku w kompletnym zamyśleniu. Tracąc trochę kontakt z rzeczywistością. A szkoda, bo umyka im cała masa uroczych szczegółów nawet szarego miejskiego krajobrazu. Ze szczegółów składa się ogół. Skoro nie zwracają uwagi na szczegóły nigdy nie ucieszą się z otaczającego ich ogółu. Zawsze będą na coś czekać, na wiosnę, na wakacje, na święta, na wypłatę, na rocznice, na coś co ich rozweseli, w efekcie doczekawszy się tego nie będą wiedzieli jak się tym ucieszyć i …uśmiechnąć.
Po nawiązaniu kontaktu wzrokowego, przychodził czas na moją broń rażącą. Uśmiecham się oczekując znanego z psychologii efektu lustra. I co? I napotykam efekt muru. Starszy pan na przystanku odwraca wzrok lekko speszony, kobieta z reklamówkami robi dokładnie to samo, z tą tylko różnicą, że na jej twarzy pojawia się grymas niezadowolenia. Młody człowiek wbija wzrok w telefon komórkowy. Mam wrażenie, że wszyscy jak jeden mąż myślą „o co chodzi tej kobiecie, po co się uśmiecha, może czegoś chce, niechże się przestanie szczerzyć”. Otóż niczego nie chcę. Chcę się zwyczajnie uśmiechnąć. Z rzadka trafia się człowiek, który zauważywszy mój uśmiech uskutecznia jakiś grymas, pół uśmiech pół konsternację. Do autobusu wsiada kobieta ubrana w czerwone korale i sandały, ta kobieta odwzajemnia szczerze mój uśmiech, naturalnie go przedłuża a potem wraca do patrzenia za okno, nadal z uśmiechem. Moje zwycięstwo. Efekt lustra zadziałał. Doszłam później do wniosku, że strój kobiety nie był bez znaczenia, dobrała wesołe dodatki do ubioru, bo sama pragnie być wesołą. Wysiadam, na przystanku czeka na autobus mama z trzylatką. Macham do dziecka przyjaźnie z uśmiechem. Mała trochę się wstydzi, ale uśmiecha się do mnie, za to matka z marsową miną przygarnia dziecko do siebie. Myślę, że gdybym była mężczyzną i z tym samym uśmiechem machała dziecku, podniósłby się krzyk i podejrzenia o skłonności pedofilskie. Niestety taka jest prawda.
Jadę do “galerii próżności”, czyli centrum handlowego. Tutaj o uśmiech nie jest trudno, ekspedientki szczerzą się sztucznie prawie zawsze odwzajemniając moją emocję, to mnie nie satysfakcjonuje. W przypadku ludzi młodych o uśmiech nie trudno, ci śmieją się do wszystkiego i ze wszystkiego, więc grupa badanych do 20 roku życia okazuje się być mało fascynującą. Miłe jest to doświadczenie, ale czy to oznaczałoby, że z wiekiem stajemy się gburowaci i nieszczęśliwi? Czy może jedynie pokolenie od czterdziestki w górę przesycone jest szarością epoki PRL-u i zakodowane ma nie okazywanie emocji. To byłoby niebezpieczne stwierdzenie, ponieważ kobieta w czerwonych koralach miała około pięćdziesiątki.
Najgorzej przedstawia się sytuacja – z nazwanymi przeze mnie (może brzydko) – „szarymi”, czyli ludźmi których my nie zauważamy zupełnie. Kioskarzami, którzy sprzedają nam bilety, paniami przy kasach w supermarketach, paniami i panami w okienkach pocztowych i urzędowych, osobami ważącymi nasze warzywa na hali marketu, osobami rozdającymi bezpłatne gazety i ulotki. Oni przyzwyczaili się do naszej ignorancji, do nie mówienia „dzień dobry” „dziękuję”, o kontakcie wzrokowym czy uśmiechu już nie mówiąc. Ludzie ci na moje dzień dobry i przysłowiowego „banana na twarzy” reagują wręcz szokiem. Nie wiedzą jak się zachować. Albo w zadowoleniu odwzajemniają uśmiech, albo nie wiedząc co z nim zrobić, szybko naklejają plakietkę z ceną i odwracają się w kierunku kolejnej siatki z pomarańczami.
Zupełnie nie wiem co zrobić ze swoimi spostrzeżeniami. Postanowiłam więc być miłą i uśmiechać się mimo wszystko. Czasem nawet pozwalam sobie na małe kłamstewka. Składając pita w skarbówce zachwycałam się nad pierścionkiem urzędniczki – że misterna robota, że ma dobry gust. A wszystko po to żeby sprawdzić jej reakcję. Była wyraźnie zadowolona, uśmiechała się sama do siebie, trochę do mnie, ale oczywiście zaprzeczyła słowami – „a taki tam stary rupieć, zakładam z sentymentu, diamenty to to nie są, z urzędniczej pensji, wie pani, diamentów nie ma” Jednak humor ma skutecznie poprawiony, a to z kolei nastraja mnie pozytywnie. Przy kasie dziewczyna w mundurku i apaszce będącej jego częścią pakuje moje zakupy i kasuje produkty. Czas mija. Ma króciutko ścięte włosy poprzeplatane gdzieniegdzie czerwonym pasemkiem. Ładnie, podoba mi się. Moje są długie i czarne, nigdy bym ich nie ścięła, ale pytam „gdzie Pani ścinała włosy? Tak mnie kusi żeby coś zrobić ze swoimi, a pani ma fajnie ścięte”. Widzę szczery uśmiech, ale i zażenowanie, pojawia się ta sama schematyczna już odpowiedź, której się nawet spodziewam - „a tak jakoś byle jak, na szybko, koleżanka mnie ścina w miejscowości z której pochodzę, no kiedyś były ładne, ale od farbowania wypłowiały”.
Tak więc, ani się nie umiemy do siebie uśmiechać, ani się nie umiemy cieszyć tym co mamy, ani przyjmować komplementów, ani jawnie przyznać do tego, że coś nam się udało. Dlaczego? Dlaczego optymizm nie jest w cenie? Dlaczego nie chcemy się dzielić swoimi sukcesami, zadowoleniem, dobrymi wibracjami? Dlatego żeby nie zostać posądzonymi o infantylność, o pychę, o samolubstwo. Jesteśmy szczęśliwi, zadowoleni i rozluźnieni sami ze sobą, lub z bliskimi sobie osobami (i to też nie zawsze), ale w kontaktach z obcymi, z dalszymi znajomymi jesteśmy chłodni i pozbawieni emocji, jeśli weseli to na pozór, lub z przymusu. I teraz najbardziej infantylna pointa, która się nasuwa sama i która przy naszym samozachowawczym dystansie i narodowej smutnej minie, zostanie wzięta za szczyt dziecinności, żenujący romantyzm, zaprzeczenie powagi. Chciałabym serdecznie się do wszystkich uśmiechnąć. Słonecznie, promiennie, rozkosznie, wesoło, figlarnie, uroczo i ciepło. Uśmiechnąć się wirtualnie, ale szczerze i zadowoleniem, oczekując w zamian tego samego.
Zdjęcie Happy @ Sad autorstwa Swamibu opublikowano z serwisu Flickr na licencji CC-BY-NC 2.0




jeśli chodzi o formę to trochę chaotycznie. W treści niestety tekst napisany “z tezą”. Już na samym początku poznajmy Twoje zdanie i w dalszej cześci tylko udowadniasz nam swoje racje. Mam nadzieję, że nie traktujesz takich “badań” na poważnie, bo wynik jest raczej przekłamany.
Drogi Marku, jak zdążyłeś zapewne zauważyć ja naprawdę bardzo poważnie traktuję wszystko co robię. Jak najpoważniej na świecie, z powagą nie mająca granic:P
Powagi Ci nie odmówiłem
Coś w tym poruszonym temacie jednak znajduję.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ludzie nie lubią zadowolonych, szczęśliwych, pogodnych i pogodzonych. Nie
lubią też być posądzani o dobrobyt, o dobre zdrowie, o zadowolenie z szefa, miłej teściowej, grzeczne dzieci, wspaniałego męża, o zadowolenie z siebie, o pozytywne nastawienie do świata i ludzi.
Dlaczego WSZYSTKO jest na NIE, choćby było TAK?
O to mi dokładnie droga Pani Basiu chodziło. O mentalność. Musi być na nie. Co więcej jak jest na tak to nie wiemy jak sobie z tym poradzić co z tym zrobić, jak się zachować. I w takiej sytuacji sami na siłę szukamy czegoś na nie. Żeby nie było za pięknie. Żeby się nie daj Bóg nie uśmiechnąć bez potrzeby:)
Dobry tekst i w pełni zgadzam się z tezami w nim zawartymi.
).
Marku, bardziej wierzysz “badaniom” czy takim zwykłym, ludzkim, naturalnym obserwacjom? Ja ufam temu drugiemu. Sama ze smutkiem zauważam to, o czym napisała koyaanisqatsi (cholera, nie dało się wymyślić czegoś łatwiejszego?
Ostatni przykład z ‘mojego życia’ – powrót z Rumunii. Tam, wśród przeważającej biedoty, tam dopiero można mówić o powodach do smutku. A jednak ludzie mają zdecydowanie południowy charakter i cieszą się każdą chwilą. Codziennie, na każdym kroku patrzyłam na ludzi i uśmiechałam się do nich – zawsze, dokładnie zawsze “odwdzięczali” się tym samym. Czy może być coś piękniejszego? Mieszkałam w hotelu z grupą obcokrajowców, głównie Anglikami i Francuzami, którzy – zanim się poznaliśmy – byli tak autentycznie przyjacielsko nastawieni, tak silnie emanowali pozytywną energią, że czułam się doskonale jak nigdy. Kiedy wróciłam do Polski, ciężko było mi się “przestawić” na nasze warunki. Wciąż idąc po ulicy uśmiechałam się do przechodniów. Niestety, najczęściej ludzie odwracali wzrok.
Właśnie tego – zwykłych, ludzkich, przyjaznych gestów brakuje mi w Polsce najbardziej.
Wszystko jest na NIE, choćby było TAK. Im bardziej staram się dobrze mówić, pozytywnie o kimś, lub o czymś, albo powiedzieć coś miłego, lub opowiedzieć nadzwyczajne przeżycie, tym bardziej ranię i wpędzam w dołek słuchacza.
Podczas moich pobytów w Polsce zauważyłam dziwną prawidłowość. Panuje opinia, że nudno w tej Szwajcarii. Chyba tak, skoro z rana sąsiad wita mnie: Bonjour Madame, jak sią Pani spało?Życzę miłego dnia, zapowiada się taki piękny! Tymczasem wszystko jedno gdzie, nie zapytam nikogo: Jak spałeś? bo co mnie to obchodzi i czy jest zadowolony? Wszystko jedno w jakich okolicznościach w Katowicach, Gdyni czy Warszawie gdy spotkam koleżankę na ulicy i powiem : Wow! ale świetnie wyglądasz. Jak to robisz, że tak dobrze się „konserwujesz“ ? Ona odpowiada: – Coś ty, nie spałam już 3 noce, zobacz te wory pod oczami, nie mam czasu na kosmetyczkę.
Spotkałam drugą: – Ale masz fajny żakiet. A ona: – Eee tam, wygrzebałam na grzebaku za 5 złotych. Chcąc poprawić sytuację dodaję: – Masz ładny naszyjnik, ładnie leży na twoim dekolcie. Ona: Ach, znalazłam na przecenie za parę groszy, taka tandeta, ale wszyscy myślą, że prawdziwy. Do mojej koleżanki z ławki szkolnej: – Wiesz, torebkę masz cudo, gdzie kupiłaś? Ona: – Nie pamiętam, stary rupieć, mam ją już 15 lat. Przy kawie z koleżanką szkolną i rozmowie o weselach i ślubach, opowiadam, jak było fajnie na pewnym weselu liczącym prawie 200 gości. Ona na to: – No tak, na naszych dzieci ślubie byś się nudziła, bo zaprosiliśmy tylko 25 osób- poczuła się urażona. Argumenty, że czułabym się wręcz zaszczycona będąc w wąskim gronie gości kompletnie nie przemawiały.
W sklepie zagadnęłam starą znajomą: – Słuchaj taką masz fajną fryzurę. Podaj mi swojego fryzjera. Ona: – Coś ty, nie mam forsy na takie luksusy. Sama farbuję i sama strzygę się przed lustrem. – Na to ja szybko odpowiadam, że ja też,
Na koncercie w Filharmonii, w przerwie zachwycałam się repertuarem i świetnym wykonaniem, w nawiązaniu opowiadałam o muzycznym festiwalu Tibora Vargi. Koleżanka na to: – No wiesz, nie rozumiem, po co tu chodzisz na koncerty, jak masz taki sławny festiwal pod nosem w „tej“ Szwajcarii.
Na kolacji u dawnych sąsiadów były pyszne sałatki. Zachwycałam się smakiem i podziwiałam jak się napracowała Pani domu. – No wiesz ? nie mam czasu, przecież wiesz. Kupiłam za rogiem w delikatesach, zapewniali, że świeże. Nawet nie drogo biorą. Po kolacji słuchamy płyt. Na moją prośbę, córka gospodarzy usiadła do pianina i zaczęła nam grać znane kawałki. Przyjemnie się słuchało. Nastolatka ładnie grała. Było miło. Gdy skończyła, pochwaliliśmy, przecież grała specjalnie dla nas, a ona: – Ach co tam. Takie brzdąkanie.- skwitowała.
Powiedzcie mi, gdzie jest pies pogrzebany? Dlaczego mają ludzie niskie poczucie wartości własnej? Dlaczego ludzie obniżają swoją wartość, przedstawiając się w gorszym świetle? Dlaczego porównują się tam, gdzie porównanie w ogóle nie ma logicznego sensu, oraz deprecjonują znaczenie zdarzeń w których uczestniczą?
Im bardziej staram się dobrze mówić, pozytywnie o kimś, lub o czymś, albo komuś powiedzieć komplement, coś miłego, lub podzielić się wrażeniami z niezwykłej przygody, tym bardziej ranię i wpędzam w dołek słuchacza. (pozycjonuję niżej) Dlaczego na pytanie „jak się masz?“ najczęściej słyszę głębokie westchnienie i narzekanie?
No, a już nie daj „bosze“ bym opowiedziała Krysi , że Jola ma się dobrze, mąż, dom, zdrowe dzieci, brak kłopotów finansowych, no ! a do tego nie ma nadwagi i ma ciągle dobrą figurę i sportową formę.
Nie, nie wolno opowiadać o kimś dobrze, a o sobie? to w ogóle wręcz niedopuszczalne, bo narobię sobie tylko wrogów.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ludzie nie lubią zadowolonych, szczęśliwych, pogodnych i pogodzonych, po prostu pozytywnych. Nie lubią też być posądzani o dobrobyt, o dobre zdrowie, o zadowolenie z szefa, miłej teściowej, grzeczne dzieci, wspaniałego męża, o zadowolenie z siebie, o pozytywne nastawienie do świata i ludzi.
Dlaczego WSZYSTKO jest na NIE, choćby było TAK?
No i mam kłopot, zawsze jestem uśmiechnięta i zadowolona, nawet jeśli ząb mnie boli lub zgubiłam banknot, spóźnił się samolot, za taksówkę zapłaciłam podwójnie, a wysiadając z pociągu PKP złamałam obcas, następnie chętnie opowiadam o tym jak o niezwykłej przygodzie.
Wniosek: Jeśli nie narzekam, to wszystko co powiem pozytywnego jest chwaleniem się! Przechwałką!
No i jestem be! Czy być zadowolonym i mówić o tym jest “grzechem”? Może macie jakąś inną
teorię ?
PS. Koyaanasi..nierozumiem skąd Pani?ale dobrze. Droga Pani Koyaani,
)) ten tekst miałam już
dawno temu napisany. Uznałam go za niewałściwiy i kiepski, bardzo niedobry i niegodny publikacji,
po prostu obraźliwy.
Basia (jeśli pozwolisz) rozwinięcie felietonu z życia wzięte Ci wyszło, i przykładów masa. Co więcej to jest potwierdzenie mojej tezy. Zastanawiam się tylko czy narzekając na narzekanie, i smucąc się naszym byciem smutnymi, nie zataczamy błędnego koła hahahahaha. Zdecydowanie niewłaściwe i kiepskie niegodne publikacji teksty “ot takie tam naprędce nabazgrane” Pozdrawiam
Otóż to – narzekanie na narzekanie jest pogłębianiem już i tak złego stanu. Dlatego rzadko, by nie rzec nigdy, to robię. Po prostu idę do przodu, starając się zmieniać świat poprzez zmianę siebie. Wszyscy powinniśmy chociaż spróbować.
zgadzam się z Bonarem, tekst jest tendencyjny a ty za bardzo ulegasz ukutym przez innych definicjom na temat “efektów”. wymyśl coś sama i skonstruuj wnioski, które zaskoczą. bo rozprawki to dobre są dla szkoły.
“łoj” jaka krytyka. Łatwo jest krytykować…samemu nic nie wymyślając. A może ja nie chcę szukać niczego oryginalnego, może mam ambicje pisać rozprawki licealne o tematyce prostej, banalnej wręcz. Może w moim własnym lekko chwiejnym i chaotycznym światopoglądzie znalazło się miejsce na tezę, że ludzie o prostych, banalnych, drobnych małostkowych na pozór rzeczach zapomnieli w pogoni za patosem i niebanalnymi tematami niebanalnymi przeżyciami. Ja tam wolę swoje rozprawki o uśmiechu, romantyzmie, tendencyjność i przewidywalność…być może. Ale jakie to daje poczucie satysfakcji…… Pisanie dla samej idei pisania, zauważanie głupiego problemu..na pozór bo przecież rzutującego na całokształt życia. Diabeł tkwi w szczegółach….
droga autorko, nie podejmuję się użyc nicka, bo zbyt wymyslny jest;]
ja sobie nawymyślałam już dość, a teraz nie mam czasu, bo ładuję taczki;]
ale zauważę jeszcze, że naprzeciw prostoty nie musi być od razu patos, bo patos to poza. prostota jest w sumie pożądana najbardziej, ale jak rozróznisz prostotę od banału, w którym celujesz:) tak więc celujący, brawo:)
Zamykam zeszyt dziękuję, siadam w ławce:)