Michał Staniul
„An Ordinary Man” – prawdziwy Hotel Ruanda
Bierność świata podczas szaleństwa rozpętanego w Ruandzie 15 lat temu jest blizną na jego sumieniu. Jednak nawet w tamtych warunkach znaleźli się ludzie, którzy potrafi stawić czoło złu – tacy jak autor ,,An Ordinary Man”, Paul Rusesabagina, który ocalił 1268 osób.
Wieczór 6 kwietnia 1994 roku, widziany oczami Paula Rusesabaginy, nie różnił się od poprzednich. Kigali, stolica Ruandy, powoli zapadała w sen. Paul nie mógł jeszcze wtedy wiedzieć, że za kilka godzin samolot prezydenta kraju zostanie zestrzelony przez nieznanych sprawców, a jego ukochana ojczyzna zacznie tonąć we krwi swoich własnych dzieci. W ciągu 100 dni rozpoczętego właśnie 6 kwietnia 1994 roku ludobójstwa zginęło co najmniej 800 tysięcy ludzi, a według niektórych badaczy nawet ponad milion. Większość morderstw została dokonana przy pomocy maczet, włóczni lub siekier, a ofiarami były głównie osoby z plemienia Tutsi lub ci przedstawiciele Hutu, którzy nie chcieli brać udziału w rzezi swoich sąsiadów, a czasem nawet członków rodziny. Zabójstw dokonywano z przerażającą pasją, statystycznie, w ciągu minuty ginęło tam ponad pięć osób, nawet noworodków i starców. Wielu ludzi przed śmiercią było gwałconych i okaleczanych.
Wśród tego całego szaleństwa były jednak miejsca, gdzie człowieczeństwo znalazło azyl. Jednym z takich miejsc był przewidziany dla 300 gości hotel Mille Collines (fran. Tysiąc Wzgórz), gdzie Rusesabagina, jego menadżer, przez 74 dni ukrywał przerażonych Tutsi i Hutu. Dzięki postawie Paula 1268 osób schronionych w budynku nie dołączyło do niekończącej się listy ofiar. Historia tych 74 dni została przedstawiona w hollywoodzkim hicie ,,Hotel Ruanda” w 2004 roku, a dwa lata później uwieczniona na stronach ,,An Ordinary Man” (and. ,,Zwyczajny człowiek”), autobiografii Rusesabaginy.
Książka ta opisuje jednak znacznie więcej niż tylko te 74 wypełnione strachem, rozpaczą, ale momentami także i nadzieją na przetrwanie dni. Paul wspomina młodzieńcze lata oraz swojego ojca – prostego, ale mądrego i szanowanego człowieka, który wywarł duży wpływ na osobę bohatera. Opowiada także o pierwszym razie, gdy poczuł ciężar brzemienia, które na jego narodzie zostawiła belgijska okupacja – sztucznie wprowadzonego podziału etnicznego ludności. Rusesabagina, podobnie jak wielu Ruandyjczyków, pochodził z mieszanej rodziny, gdyż jego ojciec był Hutu a matka Tutsi. Według ówczesnego prawa etniczność dziedziczyło się po mężczyźnie, wobec czego Paul uznawany był za Hutu. Etniczności Paul poświęca w książce wiele stron. Z pasją historyka lub socjologa opisuje, w jaki sposób podział ten został zaszczepiony w ruandyjską mentalność i jak, z czasem, zaczął być wykorzystywany przez polityków. Jest to jedna z najbardziej interesujących części książki.
Paul, naoczny świadek ludobójstwa, przedstawia nam wydarzenia po 6 kwietnia z perspektywy kogoś, kogo życie było w śmiertelnym niebezpieczeństwie, jednak jednocześnie, kto odizolowany był od pożogi, która rozpętała się wokół niego. Niewielki mur wokół hotelu stał się linią, której otaczający posesję, znarkotyzowani, rządni krwi mordercy nie odważyli się przekroczyć, chociaż wszędzie dookoła leżały ciała przypadkowych ofiar. Do zatrzymania napastników menadżer Mille Collins używał dwóch ,,broni” – notesu z danymi kontaktowymi wszystkich ważnych oficjeli, którzy niegdyś odwiedzali pięciogwiazdkowy ośrodek oraz swojego talentu negocjatorskiego. Podczas każdego z tych 74 dni Paul pertraktował, schlebiał, częstował i obdarowywał cennymi trunkami najróżniejszych osobników, którzy mieli wystarczające wpływy, by zapewnić rezydentom hotelu chwilową nietykalność – policjantów, oficerów, polityków. Jednocześnie, bezskutecznie starał się uzyskać pomoc międzynarodową, zarówno od ONZ, jak i Białego Domu. Paul używa ostrych słów pod adresem biernej ONZ i krytykuje jej postawę podczas ludobójstwa jako wyrządzającą więcej szkody niż pożytku.
Autor wydaje się być osobą skromną. Chociaż ocalił życie ponad tysiąca ludzi, uważa to za zwyczajną rzecz; utrzymuje, iż po prostu robił to, co potrafi najlepiej, czyli był menadżerem hotelu. Nie zasypuje czytelnika mądrościami ani filozoficznymi przemyśleniami, których można by spodziewać się od takiej osoby. Twierdzi, że jest zwykłym człowiekiem, który po prostu znalazł się we właściwym miejscu we właściwym czasie.
Niewątpliwie problemem przy pisaniu książki tego typu jest utrzymanie czytelnika w napięciu. Film uczynił tą historię sławną, a już nawet okładka informuje nas o tym, że w hotelu ocalało ponad 1200 osób. Jak zatem sprawić, by opowieść nie była nudna? Paulowi, wspomaganemu przez dziennikarza Toma Zoellnera, ta sztuka się udała. Zaznaczyć trzeba jednak, że nie jest to zasługa literackiej perfekcji – ,,An Ordinary Man” jest przeciętnie napisany. Rusesabagina nie jest mistrzem pióra, a jego Ruanda, parafrazując klasyka, nie dość płonie. Opisy nie pobudzają wyobraźni, słowa Paula nie wydają się opisywać nawet części horroru, który miał tam miejsce. W tej książce to jednak nie forma, a treść przykuwa czytelnika. Sama niezwykłość tych wydarzeń, przenikliwość analiz historii kraju i interesujące informacje na temat specyfiki Ruandy sprawiają, że trudno jest,,Zwykłego Człowieka” przestać czytać.
Jednym z uczuć, o których Paul najczęściej pisze jest zdziwienie. Ruandyjczyk dziwi się, że tak wielu zdecydowało się wybrać zło. Dziwi się widząc znajomego bankiera, który zawsze bezinteresownie pomagał ludziom w wypełnianiu kwitów, a teraz stoi kilka metrów przed nim trzymając w ręku ociekającą krwią maczetę. Dziwi się, że cywilizowany świat udawał, iż nie widzi tragedii milionów ludzi. Najbardziej dziwi się temu, że żaden z oficerów w zakrwawionym mundurze po prostu nie strzelił mu w głowę i nie rozkazał milicji Interhamwe dokonania masakry w ścianach pięciogwiazdkowego hotelu.
A czytelnik dziwi się razem z nim i nie przestaje jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony.
„An Ordinary Man”, Paul Rusesabagina, Wyd. Bloomsbury, Londyn, 2006

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.




zaciekawiła mnie ta recenzja
Z przeczytaniem tej książki noszę się od dłuższego czasu, wciąż jednak nie mogę znaleźć wolnej chwili…
Bardzo podoba mi się ostatni akapit recenzji (o zdziwieniu) oraz jej pierwsze zdanie. Tak, to było szaleństwo. Nie jestem w stanie ogarnąć rozumem tego, co tam się stało. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Czuję skrajnie negatywne uczucia w stosunku do tzw. Zachodu, który nie zrobił zupełnie niczego, czekając z założonymi rękoma. Bo „wielki świat” angażuje się tylko wtedy, kiedy ma interes, i to porządny.
„Hotel Ruanda” to bardzo dobry, przejmujący film, podobnie zresztą jak i mniej znane „Munyurangabo”. Jednak chyba żaden obraz nie wstrząsnął mną tak jak „Shooting Dogs”, po którym przez kilka kolejnych dni nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zastanawiając się nad nieprawdopodobną siłą nienawiści i totalnym zaślepieniem człowieka obłąkanego, chorego i zapamiętałego w krzywdzeniu swego bliźniego. Polecam ten film wszystkim zainteresowanym, choć raczej nie należy on do ‘lektur’ „wiosennych”.
Ryszard Kapuściński w swojej książce pt. ‘Heban’ poświęcił Ruandzie rozdział liczący 20 stron. Jednak dla pełnego zrozumienia Afrykańczyków trzeba przeczytać całą tę książkę.
Polecam.
„Shootings Dogs” jest zdecydowanie lepszym, mocniejszym filmem – ale to wciąż tylko Hollywood!
Przeczytaj książki, koniecznie, Mariko.
Michał dobrze tu wyłapał i podkreślił, że pisarstwo Rusesabaginy nie jest najwyższych lotów, ale zdarzenia o jakich opowiada, są na tyle straszne, że nie trzeba być super pisarzem. Chociaż przydałoby się – cała sytuacja była iście surrealistyczna. Enklawa, której granicą – o dziwo nieprzekraczalną dla zabójców – był płot okalający hotel. A na zewnątrz morze krwi… To jest tak niewyobrażalne, że aż się prosi, aby uwypuklić w książce!
Tak, ludobójstwo w Ruandzie to fenomen. Od innych ludobójstw różni się nie tylko tempem, ale przed wszystkich liczbą cywili, którzy brali aktywny udział w morderstwach. To, co działo się się w tym państwie wielkości Wielkopolski jest przykładem najgorszych i najlepszych rzeczy, jakie człowiek może zrobić. Z jednej strony ludzie, którzy bez wahania zabijali nawet swoje żony, z drugiej osoby takie jak Rusesabagina. A być może najdziwniejsze jest to, że było tam wielu, którzy łączyli oba te światy – z jednej strony ryzykując życie ukrywali swoich znajomych, a czasem nawet przypadkowe osoby, a w tym samym czasie brali udział w polowaniach na innych Tutsi. Rozdwojenie jaźni, paranoja, usilna walka o przetrwanie? Może wszystko na raz. Jeśli światem rządzą jakieś siły dobra i zła, to w 1994 roku w Ruandzie zderzyły się z ogromną siłą. I niestety, zło było znacznie silniejsze. Bardziej zdeterminowany i bezlitosny zawodnik chyba zawsze sprowadzi do parteru tego, który ma chwile wahania. Jedyne z czego można się cieszyć (?) to to, że w tamtym piekle dobro nie zostało zniszczone do cna, w niektórych miejscach się broniło i przetrwało z tarczą. Czyli może jednak cały czas możemy wierzyć w to, że w końcu nie zniszczymy sami siebie?
Trochę grafomańsko, ale trudno pisać o Ruandzie bez patosu.
Temat jest przerażający, ale i fascynujący. Aktualnie zaczynam prace na licencjatem o organizacji tego ludobójstwa i psychosocjologicznych uwarunkowaniach, które wpłynęły na jego ,,skuteczność”. Przede mną leży kolejne 6 książek na ten temat, a będzie ich dużo więcej. Po przeczytaniu niektórych trudno zasnąć w nocy.
Swoją droga, polecam rewelacyjny reportaż Wojciecha Tochmana ,,Cali biali” z Dużego Formatu (06/04), nie mogę już go znaleźć w internecie, ale warto do niego dotrzeć. Wracałem pociągiem od dziewczyny, gdy to czytałem, i pomimo dobrego wtedy humoru zaszkliły mi się oczy, co było dosyć niezręczne. Rzadko mi się zdarza wzruszyć czytając, ale Tochman jest mistrzem prostych słów opisujących niepojęte. Reporter ten pracuje obecnie nad książką o ludobójstwach w Kambodży i Ruandzie, będzie to zapewne fascynująca, ale i przygnebiająca lektura.
Polecam także blog: http://konradjestwrwandzie.wordpress.com/ bardzo interesujące opowieści człowieka, który w Ruandzie pracował charytatywnie.
Co do filmów, oprócz wymienionych przez Marikę (Munyurangabo niestety nie widziałem) to także:
Shake Hands with the Devil – dokumentalny, na podstawie książki dowódcy misji ONZ w Ruandzie, wstrząsający
Sometimes in April – fabularny, podobnie porusza
Warto obejrzeć, chociażby po to, by wiedzieć co slogan ,,nigdy więcej” naprawdę znaczy.
Niezłą książką jest też „Pamięć kości” autorstwa C. Koff.
Zaległą literaturę przeczytam latem, obiecuję to sobie od jesieni. Wierzę, że się uda ^^
Tak, tak jak Maciej pisze, trochę szkoda, że autorom nie udało się słowami oddać tego, jak to wyglądało. Z takiej historii można by zrobić nie tylko poruszającą lekturę, ale także mrożący krew w żyłach horror. Za to minus dla Toma Zoellnera, bo w końcu to on jest zawodowym pisarzem, a nie Paul. Z drugiej strony, łatwo nam powiedzieć
„Pamięci kości” nie czytałem, postaram się to dorwać, dziękuję
Uwaga, ciekawa informacja dla zainteresowanych tematyką Ruandy. Niezawodne wydawnictwo „Czarne” wypuściło kolejną pozycję pod tytułem „Strategia antylop”.
Więcej informacji tu: http://www.czarne.com.pl/?a=402
Może być naprawdę ciekawie!