TPJ
Okiem wolnorynkowca
Oj, ciekawy miałem dzień we wtorek 12 maja. Z samego rana przeczytałem na OSNews, że Unia Europejska (UE) chce, aby programiści byli odpowiedzialni za kod, który napiszą. Przeczytałem uważnie tę wiadomość, a następnie wiele komentarzy. W myślach już szykowałem się do napisania wolnorynkowej tyrady wymierzonej w UE (jakoś często mam na to ochotę), ale postanowiłem zerknąć jeszcze na parę innych tekstów dotyczących tego tematu. Np. na VaGli czy ZDNecie.
Tekst z VaGli jest dość obszernym komentarzem i odnosi się raczej do kwestii prawnych. Podejrzewam, że jest on dla mnie tak samo trudny do zrozumienia, jak lista zmian w nowej wersji jakiejś biblioteki byłaby trudna do zrozumienia dla prawnika. Zrozumiałem jednak tyle, że cała sprawa jest częścią większego planu UE. Planu, który wcale mi się nie podoba, ale to już temat na inną dyskusję.
Znacznie ciekawszy wydał mi się tekst na ZDNecie. Zapewne dlatego, że adresowany jest raczej do czytelnika zaznajomionego z technologiami informatycznymi, a nie z kwestiami prawnymi. Pozwolę sobie zacytować pewne fragmenty tego tekstu wraz z moim tłumaczeniem. (Fragmenty w oryginale przytaczam po to, aby nikt nie zarzucił mi próby manipulowania faktami poprzez stronnicze tłumaczenie.)
Pierwszy fragment jest wypowiedzią komisarz Viviane Reding oraz Megleny Kuneva nt. propozycji: „Licensing should guarantee consumers the same basic rights as when they purchase a good: the right to get a product that works with fair commercial conditions.”. Po polsku: „Licencja powinna gwarantować użytkownikowi takie same prawa, jakie posiada konsument nabywający produkt: prawo do zakupu produktu działającego, na odpowiednich warunkach.”. Przyznam, że nie jestem pewien, czy właściwym tłumaczeniem „commercial conditions” są „odpowiednie warunki”, lecz następny fragment powinien wyjaśnić to lepiej. Przedstawia on (jak rozumiem) wypowiedź Francisco Mingorance’a, który pełni funkcję rzecznika prasowego BSA („BSA director of public policy”). BSA to Business Software Alliance, organizacja reprezentująca interesy m.in. firm takich, jak Apple, IBM czy Microsoft.
„Right now, under the current EU Sales and Guarantees Directive, physical products are expected to carry a guarantee of two years. Extending those terms to software would have the effect of limiting customer choice, as contract terms would have to be extended to a minimum of two years, Mingorance added.”
„Obecnie, zgodnie z obowiązującą dyrektywą unijną dotyczącą sprzedaży i gwarancji, produkty fizyczne powinny posiadać przynajmniej dwuletnią gwarancję. Rozszerzenie tych warunków na oprogramowanie oznaczałoby konieczność przedłużenia kontraktów z użytkownikami na przynajmniej dwa lata. Doprowadziłoby to do ograniczenia użytkownikom wyboru.”
I jeszcze jeden fragment (wypowiedzi Mingorance’a), który wydał mi się ciekawy: „Extending the scope would force the businesses to maintain update services for such contracts beyond the contractual term and ultimately limit the choice of offers,” the BSA director said. „It is like renting your house for a summer month and being then obliged to extend the rent for another 23 months.”.
„Wprowadzenie takiego prawa zmusiłoby dostawców oprogramowania do oferowania usług aktualizacji oprogramowania na okres przekraczający ten określony w umowie. To jakby wynająć komuś dom na jeden miesiąc i zostać zmuszonym do przedłużenia wynajmu na kolejne 23 miesiące.”
O naszą wolność wyboru
Zacznę od kwestii najprostszej, związanej z ostatnim z zacytowanych fragmentów. Otóż, moim zdaniem, pan Mingorance jest w błędzie. Wydaje mi się, że jeśli wymaga się ode mnie, abym oferował wsparcie dla sprzedawanego oprogramowania przez przynajmniej dwa lata, to w ogóle nie mogę zaoferować wsparcia na krótszy okres. Innymi słowy, analogia z wynajmem domu jest niewłaściwa. Należałoby ją przedstawić następująco: gdybyśmy przyjęli podobne prawo dotyczące wynajmowania domów, to nie byłoby można wynajmować domów na okres krótszy, niż 24 miesiące. A więc już samo zaproponowanie wynajmu domu na okres jednego miesiąca byłoby niezgodne z prawem.
No, chyba że UE nie przejmowałaby się zasadą, że prawo nie działa wstecz (a tym samym nie może dotyczyć umów zawartych przed wprowadzeniem prawa)… Szczerze pisząc, to nie byłbym tym specjalnie zdziwiony. No ale Unii Europejskiej z tego powodu „dołożę” innym razem.
Wspomniałem o tym, że szykowałem się już do napisania wolnorynkowej tyrady przeciwko UE. Zrezygnowałem z tego po przeczytaniu tekstu na VaGli. Doszedłem do wniosku, że zdecydowana większość komentarzy do wpisu na OSNews nie trafia w sedno problemu. Myślę, że tekst na VaGli przedstawił sprawę znacznie dokładniej, opisując ją w szerszym kontekście. W związku z tym moja „tyrada” nabierze zupełnie odmiennego charakteru.
Napiszę to, co wszelkiej maści wolnorynkowcom, przeciwnikom państwowej ingerencji w życie obywateli oraz przeciwnikom UE (głównie z tych dwóch wymienionych wcześniej powodów) wiadome jest od dawna. Prawdziwe źródło problemu nie polega na tym, że jakiś tam komisarz UE chce wprowadzić takie czy inne prawo. Problem polega na tym, że komisarz UE w ogóle takie prawo wprowadzić może!
Wywodzę się ze środowiska, w którym stwierdzenia takie są całkowicie zrozumiałe i nie wymagają dalszych wyjaśnień. Zakładam jednak, że tekst ten może zostać przeczytany przez ludzi, dla których ostatnie zdania poprzedniego akapitu nie są „oczywistą oczywistością”. Postaram się więc to wyjaśnić krok po kroku.
Rozpocznę niejako od końca. Komisarze UE mogą doprowadzić do wprowadzenia prawa, na mocy którego nie będzie można sprzedawać oprogramowania bez zaoferowania dwuletniego okresu wsparcia technicznego na to oprogramowanie. Jest to fakt i nie ma co o tym dyskutować. Można się co najwyżej spierać o to, czy takie prawo jest dobre, czy powinno zostać wprowadzone itd., gdyż istotnie komisarze UE takie prawo wprowadzić mogą.
To teraz inny fakt: komisarze UE mogą również doprowadzić do wprowadzenia prawa, na mocy którego nie będzie można sprzedawać produktów fizycznych bez udzielania na te produkty dwuletniej gwarancji. Albo jeszcze inny fakt: komisarze UE mogą doprowadzić do wprowadzenia prawa, na mocy którego nie będzie można na własnej ziemii, za własne pieniądze wybudować domu bez specjalnego pozwolenia wydanego przez uprawnionego urzędnika.
Wszystko to, co napisałem powyżej, to fakty. Tyle tylko, że prawo wspomniane w pierwszym jeszcze nie zostało wprowadzone. Prawa z drugiego i trzeciego już obowiązują. A skoro tak, to znaczy, że prawo z pierwszego faktu również może zostać wprowadzone!
A teraz, szanowny czytelniku, pomyśl przez chwilę: gdyby odebrać UE prawo do wprowadzania prawa ingerującego w relacje pomiędzy sprzedającymi i kupującymi, to powyższe zdania przestałyby być faktami. Komisarze UE, nie mogąc ingerować w treść umów zawieranych pomiędzy sprzedającymi i kupującymi, nie mogliby nakazać sprzedającym przedmioty materialne udzielania na te przedmioty przynajmniej dwuletniej gwarancji. Tak samo jak nie mogliby wprowadzić analogicznych zasad dla oprogramowania.
Problem nie polega więc na tym, że dziś komisarze UE chcą wprowadzić takie czy inne prawo, tylko na tym, że w ogóle takie prawo wprowadzić mogą!
Walka przeciwko konkretnej propozycji komisarzy UE jest jak walka z chorobą poprzez usuwanie jej objawów. Należy zwalczać przyczynę choroby, a nie jej objawy! Gdy zwalczy się chorobę, objawy ustąpią same. Jeśli zwalczy się objawy, to za pewien czas one znowu się pojawią. Choroba zaatakuje.
Komisarze UE próbują wprowadzać takie prawo argumentując, że chodzi im o dobro konsumenta. Z ich ust często można usłyszeć słowa o „prawach konsumenta” i chęci chronienia go przed zakusami nieuczciwych producentów. Jednak nie tędy droga. Konsument może przecież sam zadecydować, czy chce coś kupić, czy nie. Jeśli komisarz wprowadzi prawo zakazujące sprzedaży np. telewizorów bez udzielania na nie dwuletniej gwarancji, to tym samym zabroni konsumentowi zakupu takiego telewizora. Nawet gdyby konsument chciał taki telewizor kupić, a ktoś chciał taki telewizor mu sprzedać (załóżmy, że za 10 złotych), to nie będą mogli tego zrobić! A wszystko to „dla dobra konsumenta”.
Podkreślę raz jeszcze: godząc się na to, że komisarze UE mogą się wtrącać w treść umów zawieranych pomiędzy sprzedającymi i kupującymi, godzimy się na ograniczanie naszej wolności (w handlu).
O problemie tym ładnie napisano na VaGli: „Jeśli godzimy się na techniczne możliwości blokowania spamu, to w istocie godzimy się na filtrowanie informacji w Sieci. Przeciwnicy spamu, którzy jednocześnie są przeciwnikami blokowania treści, ale zwolennikami neutralności Sieci – są w szachu. Jeśli dopuszczamy obieg wszelkich informacji, to znaczy, że również wirusów komputerowych i innych rodzajów „złośliwego oprogramowani” (malwere, trojany, wszelkich narzędzi pozwalających na kradzież tożsamości, podsłuchiwanie, niezależnie od tego, czy dokonują tego przestępcy, czy służby). To jest ten sam problem, przed którym stają osoby, które są za „wolnym internetem”, ale jednocześnie chcą takiej konstrukcji Sieci, która będzie chroniła dzieci (…)”
Cóż, osobiście jestem zwolennikiem wolności. Nie lubię spamu, ale nie chciałbym, aby mój dostawca internetowy blokował wiadomości, które on (lub ktokolwiek inny!!!) uzna za spam bez mojej zgody. Jeśli będę chciał pozbyć się spamu, to sam zainstaluję sobie stosowny filtr. Albo poproszę o to mojego dostawcę internetu. Ale powinna to być moja decyzja!
A jeśli ktoś żąda, aby dostawca internetu musiał filtrować wiadomości e-mail, to jednocześnie żąda wprowadzenia cenzury. Bo każda filtracja treści jest formą cenzury. Poglądy osoby, która jest zwolennikiem takiej formy walki ze spamem i jednocześnie sprzeciwiającej się cenzurze, nie są spójne logiczne.
Podobnie nie można jednocześnie nie wprowadzić cenzury i pozbyć się z niej stron zawierających treści mogące być niebezpieczne dla dzieci… Każda filtracja treści jest formą cenzury! A jeśli dziś wprowadzimy cenzurę na treści godzące w dzieci (któż by przeciwko temu protestował, prawda?), to otwieramy furtkę do wprowadzenia jutro cenzury na treści niebezpieczne dla dorosłych.
Analogicznie jest z prawem w UE. Jeśli dziś pozwolimy UE kontrolować to, na jakiej zasadzie możemy kupować przedmioty materialne, to jutro Unia zachce kontrolować również zasady, na jakich będziemy kupowali oprogramowanie. Pojutrze może zachcieć kontrolować, jakie to będzie oprogramowanie… Zaraz, czy przypadkiem to nie jest tak, że już teraz Unia wtrąca się w to, jakie przedmioty materialne możemy kupować? Rzeczywiście… A więc pora na oprogramowanie jest dzisiaj, a na nasz wybór oprogramowania pora przyjdzie już jutro, a nie pojutrze.
Chyba, że raz na zawsze ustalimy, że Unia w ogóle nie powinna wtrącać się w umowy zawierane dobrowolnie przez kupujących i sprzedających.
Fot. Day 152/365 Corporations Law autorstwa jerine z serwisu Flickr (CC-BY 2.0)

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Bez utworów zależnych 2.5 Polska.





Bardzo ciekawy artykuł, wpełni się zgadzam z tezami w nim zawartymi. Mam jednak uwage co do formatowania tekstu, można by bardziej uwidocznić fragmenty cytowane.
Jako ciekawostkę przytoczę fakt, że Unia Europejska jeszcze nie istnieje, póki co mamy EWG (Europejską Wspólnotę Gospodarczą). Unia powstanie po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego (zwanego wcześniej Eurokonstytucją). Niestety tylko w Irlandii było w tej sprawie referendum, na szczęście Irlandczycy skorzystali z praw demokracji i powiedzieli nie. Oglądaliście dziś wiadomości, fakty, wydarzenia itp? Ja tak, nie wspomnieli o spotkaniu bilderbergów, bo po co…
Ja bym wybrał mniej drastyczne rozwiązania. Dla przykładu wystarczyłoby wymusić, by w umowie sprzedaży był uwzględniony okres gwarancji(jednak w przypadku oprogramowania go nie ma – podajcie przykład, że się mylę). Jest to jednak mało skuteczne. Lepiej byłoby nakazać umieszczać takie informacje na opakowaniu.
Znaczenie lepszym sposobem jest jednak stworzenie organizacji, która pozwalałaby na umieszczanie swoich logo na pudełkach produktów, które nie wymagają niejawnego zgodzenia się na szkodliwe dla konsumenta warunki. Spośród tych produktów konsumenci wybraliby 10, które im najbardziej odpowiadają(np. najlepsze jakościowo). Jeżeli produkt jest dostarczany na korzystnych warunkach, np. konsument ma prawo do wykorzystania programu do dowolnych celów, to wtedy ma naklejkę na opakowaniu. Ta akcja oczywiście musi być powiązana z kampanią propagandową(w telewizji). Myślę, że nawet w przypadku, gdy producenci nie będą się starać, to i tak nagradzanie niektórych wymusi zmiany w ich myśleniu.
Problem ingerencji w umowy, w tym przypadku w możliwość zawarcia umowy kupna – sprzedaży, to tylko wierzchołek góry lodowej. Jednak w tym wypadku należy postawić pytanie, czy rzeczywiście nikt nie powinien w nie ingerować a ich treść pozostawać ma tylko w gestii samych zainteresowanych. Wydaje się, że można znaleźć powody dla których jednak nie. Głównym z nich mogłaby być nierównowaga wiedzy odnośnie przedmiotu umowy, zatajenie danych, które mogłyby wpływać na decyzję zakupu itp. Wolnorynkowcy podniosą larum, że sama idea konkurencji powinna rozwiązać problem. Ale czy rzeczywiście..? Jeśli więc dopuścimy możliwość ingerencji, to raczej postawmy pytanie o definicję jej granicy. I czy w ogóle jest ona wyznaczalna ..?