bolo

Małżeństwa z cudzoziemcami: rzecz o dziennikarskiej solidności

W ostatnim czasie w polskiej prasie ukazało się kilka artykułów Slubalarmujących, że jedno małżeństwo „mieszane” na cztery, jest fikcyjne. Niestety trudno oprzeć się wrażeniu, że niektórzy autorzy, dziennikarze poważnych ogólnopolskich dzienników, napisali swoje teksty nie mając elementarnej choćby wiedzy na ten temat.

Jako pierwszy podniósł sprawę Marek Domagalski z Rzeczpospolitej. W artykule pt. ”Cena ślubu z cudzoziemcem” z 9 kwietnia 2009 czytamy m.in., że urzędnicy USC „są bezradni”, bo „nie mogą odmówić udzielenia ślubu, nawet jeżeli wiedzą, że to fikcja”. W połączeniu z jasną motywacją do zawierania fikcyjnych małżeństw (cudzoziemcy „uzyskują w ten sposób prawo do poruszania się i poszukiwania pracy w bogatych krajach strefy Schengen”), Polska może wydać się czytelnikowi rajem dla obcokrajowców pragnących poprzez sfingowane małżeństwo osiedlić się w bogatej Europie.

Autor nie przedstawia jednak (chciałbym wierzyć, że wyłącznie przez nieświadomość) kluczowej informacji: sam ślub daje cudzoziemcowi bardzo niewiele, bo nie zapewnia nawet automatycznie pozwolenia na pobyt czasowy, nie mówiąc o pozwoleniu na osiedlenie, czy obywatelstwie. Przez kilka lat po ślubie obcokrajowiec musi występować do właściwego wojewody o pozwolenie na pobyt czasowy, co przy staraniu się o pierwsze pozwolenie wiąże się, inter alia, z konfrontacją, w czasie której małżonkowie w osobnych pokojach odpowiadają na te same pytania dotyczące ich prywatnego życia. Przy każdorazowym odnawianiu pozwolenia na pobyt czasowy dochodzi prześwietlenie przez ABW (sic!), Policję i Straż Graniczną, celem sprawdzenia, czy pobyt w Polsce nie będzie stanowił zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju (cudzoziemiec otrzymuje kopie listów od wojewody do wyżej wymienionej instytucji z prośbą o takie sprawdzenie), na szczęście zazwyczaj bezpośrednie wizyty składa co najwyżej Policja. Do tego oczywiście, dochodzą tony dokumentów, kserokopii i zaświadczeń. Po trzech latach ciągłego pobytu w kraju cudzoziemiec może ubiegać się o pozwolenie na osiedlenie, a w ciągu pół roku od momentu otrzymania takiego pozwolenia, może ubiegać się o przyznanie obywatelstwa w trybie uproszczonym.

Podsumowując: to prawda, że urzędnicy USC „nie mogą odmówić udzielenia ślubu, nawet jeśli wiedzą, że to fikcja”, jednak pozostawienie tej informacji bez jakiejkolwiek wzmianki o drobiazgowej (i uciążliwej!) procedurze, jakiej poddawani co roku są małżonkowie w Urzędzie Wojewódzkim oraz o paroletniej drodze od ślubu do pozwolenia na osiedlenie, świadczy o nierzetelności redaktora Domagalskiego. Jego tekst tworzy w czytelniku fałszywe przeświadczenie, że polskie prawo jest w kwestii małżeństw mieszanych wyjątkowo liberalne: pięć minut w USC, 20 tys. zł dla fikcyjnego małżonka i Europa stoi otworem!

Na tekst zareagował krytycznie Adam Leszczyński z Gazety Wyborczej. W komentarzu „Fikcyjne śluby, samobójstwa i znów Zyzak” z 9 kwietnia 2009 zwraca uwagę, że tekst w „Rzepie” nie precyzuje skąd wiadomo, że akurat taki odsetek małżeństw jest fikcyjnych, skoro nie prowadzi się statystyk, a także na jakich zasadach tajemnicza osoba lub instytucja, która zdradziła redaktorowi Domagalskiemu te 25% uznawała, które małżeństwa są fikcyjne, a które nie. Niestety w dalszej części swojego komentarza Adam Leszczyński również wykazuje się nieznajomością prawa. Sugerując się najwyraźniej tekstem z Rzeczpospolitej jest przekonany, że nie ma obecnie w weryfikacji małżeństw „transgranicznych” i argumentuje, żeby taki stan rzeczy utrzymać: „Czy [ok. 2 tys. cudzoziemców zawierających rocznie fikcyjne małżeństwa] to wystarczający powód, aby dawać urzędnikom prawo oceniania, kto zawiera małżeństwo na serio, a kto tylko dla polskiego paszportu? Być może po prostu nie warto tak rozszerzać władzy urzędów nad intymną sferą życia?” Spieszę poinformować, że egzaminy małżeńskie w których urzędnicy wypytują o szczegóły z prywatnego życia małżonków, odbywają się już w Polsce od lat, a droga od małżeństwa do polskiego paszportu jest bardzo długa – w sprzyjających okolicznościach minimum 3,5 do 4 lat. No, chyba, że jest się dobrym piłkarzem.

Zaskakująco precyzyjne, jak na nielegalny proceder, statystyki przedstawia również Sławomir Cichy z dziennika Polska The Times w artykule „Śluby na niby” z 18 kwietnia 2009. W 2006 roku fikcyjnych miało być według „oficjalnych statystyk” ok. 10% zawartych wówczas małżeństw mieszanych, a w 2008 roku już ok. 25%. Ciśnie się pytanie: skąd państwo ma tak szczegółowe informacje na temat tego, ilu parom udało się je przechytrzyć? Poza tym jednak, artykuł napisany jest całkiem rzetelnie. Co ważne, pokazuje problem także od drugiej strony: poza alarmującymi danymi dotyczącymi liczby papierowych małżeństw i aktualnymi cennikami (tak się składa, że ta część tekstu zmieściła się na pierwszej stronie papierowego wydania), autor opisuje także problemy par, które zostały skrzywdzone przez nadgorliwych urzędników-niedowiarków, trudne pytania na konfrontacji, skomplikowane procedury, wreszcie deportacje (a wszystko w dokończeniu na str. 5).

Czy rzeczywiście problem „papierowych” małżeństw jest w Polsce poważny? Nie wykluczam, że tak. Szkoda jednak, że media w większości koncentrują się na pogoni za tanią sensacją, pomijając drugą stronę medalu: prawdziwe małżeństwa, które przedzierają się przez gąszcz przepisów, stosy dokumentów, spędzają długie godziny w urzędach cieszących się chyba najbardziej potulnymi petentami. Jeśli rzeczywiście system jest tak nieszczelny, czy nie warto zapytać w imieniu szczerze kochających się par – czemu w takim razie mają służyć skomplikowane procedury, przez które muszą przechodzić?

Co skłoniło mnie do napisania tego tekstu? Sam jestem mężem cudzoziemki. Za parę dni czeka nas kolejna (czwarta w tym roku) wizyta w Wydziale Spraw Cudzoziemców. Znów ustawimy się ok. 6:30 w kolejce przed urzędem otwieranym o 8:00, żeby mieć szansę na zdobycie przyzwoitego numerka. O tej porze roku półtorej godziny stania na świeżym powietrzu to nie problem. Może tym razem pójdzie szybko i weźmiemy w pracy tylko pół dnia wolnego. Jak dobrze pójdzie, karta pobytu będzie gotowa, w przeciwnym razie wyznaczą nam kolejny termin. Jeśli nie będzie opóźnień, wtedy aż na dwa lata zapomnimy o urzędzie przy ul. Długiej w Warszawie. Zajmiemy się wreszcie urządzaniem kupionego właśnie mieszkania, organizacją spraw przed porodem, który zbliża się wielkimi krokami. Przez dwa lata nie będziemy musieli nikomu udawadniać, że się kochamy.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

Fotografia pt. Love in Black and White autorstwa HShapiro pochodzi z serwisu flickr.com

Podziel się na:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Google Buzz
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Skomentowano 12 razy

  1. Barbara Romer Kukulska Barbara Romer Kukulska pisze:

    Myślę, że to jednak wcale nie taka długa , ani uciążliwa procedura otrzymania pr.pobytu i obywatelstwa. Dość niespotykaną w innych krajach uciążliwością jest to stanie w PL od 6 rano w kolejce po formalności, które gdzie indziej są załatwiane pocztą. W innych krajach Europy dopiero po upływie 5 lat, można wystpować o obywatelstwo. W niektórych, gdy otrzymuje sie wcześniej, to nawet można je nawet utracić, gdy dochodzi do rozwiązania małżeństwa , które nie przetrwało 5 lat .
    Zainteresowała mnie „procedura uproszczona” , co to oznacza w praktyce?

  2. Marika Marika pisze:

    Bardzo ciekawy tekst zwłaszcza, że pisany z perspektywy osoby, która z podobnymi problemami się boryka i zna rzecz doskonale.
    Faktem jest, że wielu profesjonalnych (choć czasem częściej z nazwy niż kwalifikacji) dziennikarzy, traktuje tematy powierzchownie i bez większej znajomości. Przykłady takiej grafomanii należy tępić i chwała Ci bolo, że się podjąłeś :-)

  3. bolo bolo pisze:

    Barbaro, z pewnością masz rację: mało który kraj przyznaje obywatelstwo „ot tak sobie”.
    Przypuszczam też, że do pewnego stopnia przepisy regulujące zezwolenia na osiedlenie
    są w strefie Schengen ujednolicone. Polskę od krajów zachodniej Europy różnić więc może
    nie tyle samo prawo, co sposób, w jaki jest egzekwowane. Choć nawet tego nie jestem pewien,
    może mamy zbyt wyidealizowany obraz „tych bardziej cywilizowanych” krajów.
    Uczestniczyłem kiedyś w Genewie w rozmowie w gronie kilkunastu obcokrajowców
    mieszkających tam na stałe i rozmowa zeszła na tematy trudności piętrzonych
    w lokalnych urzędach, niechęci urzędników, czy wręcz rasizmu. Uświadomiłem sobie wtedy,
    że takie zjawiska (skomplikowane procedury, sporadyczna niechęć urzędników) są uniwersalne,
    różnica tkwi co najwyżej w ich skali.

  4. bolo bolo pisze:

    Pisząc tekst chodziło mi bardziej o pokazanie przepaści
    pomiędzy tym, jak Polacy wyobrażają sobie konsekwencje
    małżeństwa cudzoziemców z obywatelami Polski, a stanem
    faktycznym. Nieznajomość tej materii przez przeciętnego
    obywatela jest zupełnie naturalna. Jednak powielanie mitów
    przez redaktorów poważnych dzienników jest, moim zdaniem,
    nie tylko krzywdzące dla rodzin zmagających się z biurokracją,
    ale wręcz na dłuższą metę groźne dla społeczeństwa, bo może
    stanowić pożywkę dla różnej maści populizmów. Nie mówiąc
    już o tym, że kompromituje gazetę pragnącą być źródłem
    rzetelnej informacji. Dziękuję, Mariko, za słowa otuchy :)

  5. bolo bolo pisze:

    Jeśli zaś chodzi o ubieganie się o obywatelstwo
    w trybie uproszczonym, tu możesz znaleźć dalsze informacje:
    http://tiny.pl/zcg8
    Tego etapu jeszcze nie przerabialiśmy, ale jeśli
    dobrze rozumiem, w praktyce sprowadza się to
    do skrócenia okresu oczekiwania na polski paszport
    o 2 lata (nabycie obywatelstwa w drodze naturalizacji
    wymaga 5 lat pobytu w kraju), oraz tego, że obywatelstwo
    przyznaje wojewoda, a nie prezydent. Zobacz także:
    http://tiny.pl/zcgs

  6. Ossad Ossad pisze:

    Wzorowy tekst z nurtu dziennikarstwa obywatelskiego! Własne doświadczenie jako obywatela opisane następnie w niekorporacyjnym serwisie DO. Utarcie przy okazji nosa kilku większym dziennikom, bardzo w tym wypadku „opiniotwórczym”. Brawo! Witamy na pokładzie pełnym uzbrojonych w ostre narzędzia piszące Banitów!

  7. Barbara Romer Kukulska Barbara Romer Kukulska pisze:

    Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź.
    Twoje komentarze doskonale uzupełniają artykuł, który przedstawia realia, rozświetlając „wizje” dziennikarskie

  8. Anna Szulc pisze:

    Witam,

    jestem dziennikarką Przekroju, piszę właśnie tekst o małżeństwach polsko-cudzoziemskich. Chciałabym się z Panem, autorem tekstu pilnie skontaktować. Mój adres mailowy: anna.szulc@przekroj.pl

    Z góry dziękuję za życzliwość. Pozdrawiam, Anna Szulc

  9. asen asen pisze:

    @Anna: Wysłałem do Autora powiadomienie o twoim komentarzu.
    Pozdrawiam w imieniu doorga. Asen

  10. To jesteś drugi, Asen :)

  11. Jagoda Jagoda pisze:

    ślub z cudzoziemcem w Polsce nie należy do rzadkości. Myślę, że każdy dziennikarz zanim napisze o tym tekst powinien naprawdę dobrze znać temat. Nie zawsze jest to zgodne z tym co piszą. Od jakiegoś czasu koresponduję z Polką mieszkająca na stałe w Tunezji. Ona wyjaśniła mi pewne sprawy związane z zawarciem związku małżeńskiego muzułmanina z Europejką. Teksty te umieszczam w swoim blogu. Poza tym uważam, że nie można generalizować tematu. Nie zawsze jest to papierowe małżeństwo, bo faktycznie ów cudzoziemiec niewiele zyskuje za ślubie.

  12. Rzaba pisze:

    Witam,
    pilnie poszukuję małżeństw (lub związków partnerskich) mieszanych do pracy magisterskiej.

    Do wypełnienia kwestionariusz w internecie na 15minut. Jeden dla osoby narodowości polskiej, drugi dla małżonka cudzoziemca (po polsku lub angielsku).

    Badanie jest całkowicie anonimowe

    Jeśli się zgodzicie z żoną to baaaardzo proszę o kontakt a mejla:
    magdittaa@gmail.com

    pOzdrawiam
    Magda

Skomentuj