Maciej Lewandowski
Andrew Keen – amator w roli autorytetu
Lekturę Kultu amatora należy zacząć od końca. Jako pierwsze przeczytać trzeba wyznanie Keena, zawarte w posłowiu: “(…)I confess that, as a writer, I remain a bit of an amateur. This is my first book, and I’m still learning the craft of this complex business (…)”.* W dowolnym tłumaczeniu oznacza to, iż autor przyznaje się do bycia pisarzem-amatorem i wyznaje, że wciąż uczy się tego trudnego i skomplikowanego rzemiosła.
Zgadzam się z nim. Keen jest amatorem – i to w dwóch płaszczyznach. Nie tylko pod względem pisarskim – co wyraźnie odbija się na kompozycji (a raczej jej braku) książki, ale także w swoim podejściu do kultury – lub szerzej – do całego otaczającego go świata. Bycie, nawet wybitnym fachowcem w dziedzinie informatycznej, nie jest warunkiem wystarczającym do umiejętnego obserwowania i analizowania złożonych procesów społecznych, kulturowych i ekonomicznych współczesnej rzeczywistości. W stwierdzeniu tym nie ma – rzecz jasna – nic złego. Nikt nie wymaga od szarego przechodnia, rozwiązywania problemów światowej makroekonomii, czy definiowania pojęcia sztuki współczesnej. Źle dzieje się wówczas, kiedy ten zwykły przechodzień uzurpuje sobie prawo do oświecania innych ludzi w tematach, o których nie ma zielonego pojęcia. Złe jest występowanie w roli autorytetu tylko dlatego, że ma się możliwość dotarcia ze swoimi – amatorskimi – teoriami, do szerokiej publiczności. Tak, jak robią to – poprzez nowoczesne media sieciowe – rzesze internautów i tak, jak zrobił – pisząc swą amatorską książkę – sam Andrew Keen.
Pisarska amatorszczyzna autora jest tak widoczna, że aż odstręcza od czytania. Wrzucenie do jednego worka psychopatycznych pedofilów, upadku wytwórni muzycznych, narcystycznych grafomanów sieciowych, nieporadnych nauczycieli i zrzucenie winy za to wszystko na rozwój techniki, przypomina utyskiwania naszych dziadków nad upadkiem moralności za sprawą telewizji. Z tym, że nasi przodkowie marudzili pod nosem, słuchani jedynie przez swoje najbliższe otoczenie, a Keena czyta cały świat. Amator, walczący z amatorskim podkopywaniem autorytetów, doprowadził do tego, że jego bezładne użalanie się nad upadkiem “naszej ekonomii, naszej kultury i naszych wartości”, traktowane jest przez część światowej społeczności, jako autorytatywną diagnozę współczesności. A tak naprawdę, jest to zrozpaczony głos zagubionego i przestraszonego amatora. Głos szarego przechodnia, który – wskutek nieskrępowanego zalewu informacji, dokonującego się dzięki trwającej rewolucji technicznej – utracił swoje autorytety, nie wie, komu ufać i boi się o swoje dzieci.
Niektóre z jego obaw są jak najbardziej słuszne, inne nieprawdziwe, a większość nietrafnie zdiagnozowana. Za nadmuchiwanie kolejnych sztucznych boomów finansowych nie jest odpowiedzialny internet, tylko elity bankowe i Wall Street; za upadki małych, przyjaznych firm i sklepów lokalnych – ponadnarodowe korporacje, wypierające je (wskutek nieuczciwej konkurencji) z rynków; za stworzenie współczesnego modelu celebrity, której jedynym atutem jest to, że pokazała publicznie kawałek nagiego ciała, a do tego nie umie się poprawnie wysławiać – koncerny telewizyjne, zarabiające na Big Brotherach i innych reality showach; za upadek autorytetu nauczycielskiego – system edukacji i finansowania kadr pedagogicznych; za brak zainteresowania istotnymi problemami współczesności przez rzesze czytelników, którzy wolą oglądać najnowsze wyczyny alkoholowe hollywoodzkich gwiazdek, zamiast zastanawiać się, jak rozwiązać konflikt bliskowschodni – koncerny prasowe…
Chwilami, czytając książkę Keena, odczuwałem współczucie. Szczere, głębokie współczucie – dla zagubionego ojca bojącego się o swoje dzieci. Ale lekarstwem na zagrożenia, nie jest powrót do czasów faraonów, kiedy masy ciemnego ludu miały jasność co do tego, kto tu ma rację. Lekarstwem jest taka edukacja współczesnego społeczeństwa, żeby umiało ono czerpać z osiągnięć techniki wszystko to, co najlepsze. Edukacja, która wskazać musi zarówno sposób społecznej akceptacji nowych autorytetów, jak i możliwości twórczego rozwoju każdej jednostki ludzkiej – wykorzystując do tych celów także internet. Internet, który – podobnie, jak młotek – może służyć zarówno do budowy, jak i do destrukcji. A nawet do zabójstwa. Zamiast niszczyć narzędzia, nauczmy się wszyscy budować – z młotkiem się udało.

Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.
—-
* Książkę czytałem w oryginale, cytat pochodzi z brytyjskiego wydania The Cult of the Amateur, Nicolas Brealey Publishing, London 2008, str. 233





Zaglądałam do tej książki, ale język wypowiedzi mnie ewidentnie odstraszył. Szkoda czasu na tą pozycję. Podziwiam Maćku, że przetrwałeś do końca (albo początku, zależy jak ją czytałeś
), bo przyjemność to na pewno nie była
Ciekawa recenzja, ostatnie zdanie fenomenalne
Muszę przyznać, że mnie zaciekawiłeś
Internet jak młotek – genialne! Daj małpie mlotek – skutek wiadomy. Daj młotek Michałowi Aniołowi (no, jeszcze dłuto) i… A przecietny użytkownik młotka – zwyczajnie – gwóźdź wbije, coś skleci.
I to mi chyba wystarczy – czytać nie będe.
Ksiązki nie czytałam, ale problem autora opisałeś tak plastycznie, że chyba wiem, o co chodzi
Hehe, on tam pisał o małpie, co się do klawiatury dorwała – o młotku zapomniał
Dziekuję za miłe słowa.
Generalnie nie polecam – napisane jest koszmarnie. Bonar, czym Cię zaciekawiłem? Może wystarczy jakaś drobna wymiana zdań, żebyś nie musiał się męczyć, gdybyś próbował to czytać
Jeszcze ważna sprawa – widzę, że polskie wydanie ma podtytuł „Jak internet niszczy kulturę”. W oryginale jest radykalniej (polscy wydawcy obawiali się, że naród tego nie przełknie?): „Jak internet niszczy naszą ekonomię, kulturę i wartości”.
Moja babcia mawiała: komputer ma tyle rozumu co doniczka…
Że też takie rzeczy ludziom wydają . A swoją drogą zwolennicy delegalizacji młotków zawsze się znajdą, bo niektórzy widzą świat w wersji uproszczonej. Tacy ludzie nie potrafią przewidzieć, że przestępca pozbawiony młotka zabije łopatą, żelazkiem, kablem, prądem albo… gołą ręką
A wracając do Internetu. Tacy ludzie nie widzą, że Internet to świetne narzędzie wspierania kultury (nigdy dostęp do informacji na jej temat nie był tak łatwy, teraz też bez trudu możemy np. od razu zobaczyć, jak wygląda obraz, o którym ktoś wspomniał), wartości (ludzie, którym zależy na upowszechnianiu wartości mają nieosiągalne wcześniej możliwości), jednocześnie w Internecie istnieją miejsca, gdzie ludzie się wspierają i walczą o istotne dla nich wartości, strony pozwalające jednoczyć społeczność lokalną itd. Trudno też znaleźć lepsze wsparcie dla ekonomii niż Internet. Mnóstwo firm nigdy by nie zaistniało, gdyby musiało walczyć na rynku, gdzie liczy się masówka i warunki dyktują pośrednicy. A tak, bez żadnego wsparcia państwa powstają kolejne firmy, które dzięki Internetowi są w stanie znaleźć klientów. Jednocześnie potrzeby ludzi są lepiej spełniane, bo zamiast narzuconej masówki mają wybór
Do tego w niebyt odchodzą czasy, kiedy ktoś niekompetentny mógł napisać artykuł o czymś, na czym się nie znał, a potem drobne sprostowania ukazywały się gdzieś w miejscu, gdzie nikt nie zagląda. Dziś dzięki Internetowi standardy się podwyższyły i już coraz częściej razem z artykułem możemy czytać polemiki do niego. To również dzięki Internetowi ludzie mogą zbierać się i walczyć choćby z wycinką drzew w Gliwicach, ale jak widać nie tylko. Tak samo mogą się zbierać klienci banku, którzy czują się oszukani, rodzice, którym zależy na sensownej edukacji ich dzieci czy klienci, którzy zebrawszy się razem są w stanie wpłynąć na rynek tak, żeby zamiast byle masówki zaczął oferować produkty odpowiadające ich prawdziwym potrzebom. M.in. o ostatnich 3 przykładach można poczytać tu:
http://www.tvn24.pl/-1,1593877,0,1,masz-prawo-walcz-o-swoje,wiadomosc.html
Keen był ponad rok temu w Polsce. Tutaj nagranie
http://ksiazki.tv/n/497
Świetna puenta Maćku!
Keen demonizuje, ale jego książka może być użyteczna, ponieważ uwrażliwia na negatywne zjawiska w sieci. Nie zgadzam się z diagnozą autora, ale nie żałuję że przeczytałam „Kult amatora”.
Dziękuję, Aniu
Dla mnie zdecydowanie całość zbyt chaotyczna i amatorska, niestety. Nie żałuję, że przeczytałem (choćby dla tej puenty warto było
), ale nie polecam.
Napisane gładko (recenzja). Co nie zmienia postaci rzeczy, Maćku, że jakieś 80-90 procent internetu to wciąż jednak syf i śmieci. Najgorsze rzeczy dzieją się w poezji. Każdy może publikować na blogach swoje wiersze. Koszmar. Zresztą, wystarczy wejść na W24 i zobaczyć, co wyczynia to jakieś rozegzaltowane towarzystwo w komentarzach. W ogóle jest ogólny upadek sztuki, bo „artysta” może sobie nasrać gdzie chce i oznajmić, że robi sztukę. Ile do tego się dołożył internet, trudno powiedzieć. W każdym razie, jeśli uznamy WWW za odwzorowanie rzeczywistości, to może się robić niewesoło. Internet niszczy kulturę, w której człowiek rozmawia z człowiekiem. Tu gadają awatary, choćby nie wiem, jak bardzo przypominające swoich twórców – to są wciąż awatary. I ta kultura też jest awatarem, hologramem li tylko. Różnica jak między zeskanowanym obrazem a arcydziełem oglądanym z bliska w sali muzealnej lub gotyckiej nawie kościoła…
Zgadzam się z tym, co napisałeś, Ossad. Ale jest to tylko jeden z aspektów, o którym pisze (nieporadnie) Keen. On wrzucił wszystko (upadek sztuki, perwersyjnych zboczeńców, słabą kondycję małych i średnich biznesów, itp, itd) do jednego worka i za wszystko obwinił internet. Całość napisana jest w taki sposób, że nawet za bardzo nie ma jak polemizować. Zbyt duży bałagan, zbyt dużo pomieszanych prawdziwych i fałszywych (moim zdaniem) wniosków, zbyt uproszczone to wszystko.
Z chęcią przeczytałbym porządne opracowanie chociażby na temat poruszony przez Ciebie. A ta książka nie jest, niestety, poważna – chociaż próbuje być.
To jest – dla mnie – największy chyba zarzut, jaki można postawić autorowi. Załamywanie rąk nad wszechogarniającą nas amatorszczyzną, podczas gdy sam jest jej przedstawicielem – z czym się zresztą nie kryje.