gragaK

Egipt inaczej (cz.2/3)

Ochrona turysty

Mieszkaliśmy w Hurghadzie, którą zaczęto budować zaledwie 30 lat temu w miejscu skromnej osady rybackiej. Wczasowisko ciągnie się przeszło 40 km brzegiem Morza Czerwonego i już jest zabudowane oszałamiającą liczbą hoteli. W przewodnikach turystycznych czytamy: „Hurghada, to najpiękniejszy ośrodek turystyczny w Egipcie (…) nowoczesny kurort z luksusowymi hotelami, których okna zwrócone są na morze lub ogród. (….) Cudowne plaże z drobnym piaskiem (…)”

A jak jest naprawdę? Pierwsze zdanie należy czytać: „To najbardziej rozkopany plac budowy w Egipcie”. Drugie: „…z luksusowymi cenami”, a jeśli idzie o okna, to wychodzą również i na ulicę, bo co ma zrobić hotel, który został wybudowany przy głównej ulicy w centrum miasta? Trzecie zdanie kłamie jak z nut, gdyż wybrzeże Morza Czerwonego utworzone jest ze skał koralowych i jeśli gdzieś leży piasek, to po prostu przywieziono go zza opłotków miasta, bowiem czego jak czego, lecz piachu Egiptowi nie brakuje. Problem może tkwić tylko w transporcie.

Hotele są 4 i 5 gwiazdkowe, a ściślej: słoniowe, gdyż zamiast gwiazdek figurują wizerunki słoni. Gnuśne wczasowanie urozmaicane bywa na wiele różnych sposobów, np. przez nagle cieknącą spłuczkę albo zadziwiająco szybkie karaluchy poszukujące pożywienia o zmierzchu, przez całodobowy uliczny hałas dający się we znaki szczególnie nocą, kiedy dźwięki roznoszą się najdonioślej. Najwięcej hałasują klaksony taksówek polujących na klienta, najlepiej zagranicznego, na którym można zarobić 10-ciokrotnie lepiej niż na rodzimym. Hałasuje również dyskoteka, której decybele wprawiają w rezonansowe drgania wnętrzności odpoczywających turystów i do godz. 3 nie pozwalają zasnąć mimo stoperów wciśniętych głęboko w uszy. Sen mogą też przerwać anonimowe telefony typu: „Be mine”, „I want you” – gdy odbiera wczasowiczka, lecz głuche, jeśli odbierze jej partner.

scan fot. Grażyna KosmaW naszym Sand Beach takie telefony pochodziły od „KGB”, jak nazwaliśmy armię zatrudnionych ochroniarzy. Większość z nich przybyła tu z Kairu, gdzie zostawili żony i narzeczone, więc nic dziwnego, że po całodniowym pasieniu oczu golizną pań o jakże dla nich atrakcyjnej białej skórze, nabierali ochotę na odrobinę zapomnienia. W grupie mieliśmy dwie panienki: Ewę – szczupłą brunetkę i Marzenkę – puszystą blondynkę. Była też dużo od nich starsza rozwódka Nina. Dziewczyny chodziły spać dopiero nad ranem, ale jeśli wybierały się na fakultatywną wycieczkę wyruszającą w drogę zazwyczaj o godz. 2, wówczas kładły się do łóżka nieco wcześniej, tzn. o północy. W pozostałe noce bawiły z egipskimi Casanovami.

Ewa była już kilka razy na Bliskim Wschodzie, dlatego dobrze wiedziała, że Arabowie zakochują się błyskawicznie i na zabój, okazując przy tym chorobliwą zazdrość, jednak równie szybko odkochują się. Marzenka była pierwszy raz i jako pulchna, apetyczna blondynka natychmiast wpadła w oko Omara, pracownika baru usytuowanego na skraju plaży.

Omar codziennie od samego rana, aż po zmierzch obserwował Marzenkę i przy każdej okazji, kiedy tylko przechodził obok, wzdychał: „I love you”, a kiedy jej nie było, zanudzał nas pytaniem: „Where’s ‘Mazena’?” Żaden pan z naszej grupy nie miał prawa jej adorować, gdyż wtedy Omar pojawiał się jakby spod ziemi, jego spojrzenie sypało iskrami, zaś zęby głośno zgrzytały. Któregoś wieczora zaprosił ją na swoje urodziny do miejscowego lokalu. Następnego dnia zrelacjonowała nocną przygodę twierdząc, że w lokalu były tylko dwie kobiety: ona i wynajęta tancerka. Przyznała, że początkowo miała wątpliwości, czy aby jest bezpieczna, szczególnie, gdy mężczyźni wpadli w taneczny amok. Na jej szczęście w Egipcie obowiązuje prohibicja, a gwałty są ostro potępiane przez Koran. Nad ranem Omar odprowadzil ‘Mazenkę’ do hotelu.

Nina borykała się z dwoma adoratorami. Jednym był Mohamed, który kiedyś studiował w Polsce, dlatego dobrze znał nasz język. W Hurghadzie prowadził niewielkie biuro podróży i w jego towarzystwie czuliśmy się wyjątkowo bezpieczni, albowiem nie tylko nie naciągał nas i nie podbijał cen, ale wręcz instruował, co ile kosztuje, gdzie najtaniej kupić i jak negocjować z kupcami. To on nam powiedział, że cenę trzeba zbić do wartości dziesięciokrotnie niższej, wtedy nie przepłacimy, a handlarz obdarzy nas szacunkiem, bowiem żmudne targowanie jest wysoko cenioną sztuką Bliskiego Wschodu.

Za to hotel miał ceny z góry ustalone, bynajmniej nie przyjazne, bo np. wycieczka do Luxoru kosztowała 75 dolarów, natomiast u Mohameda tylko 40. Wypłynięcie łódką na rafy koralowe kosztowało 20 dolarów, a z Mohamedem tylko 10 i to funtów egipskich (sic!).

Drugim amantem Niny był sam szef hotelowego „KGB”, który dodatkowo musiał pilnie strzec ogromnie tajemniczej Rosjanki przybyłej w towarzystwie osobistego bodyguarda płci żeńskiej. Obie panie zajmowały luksusowy apartament położony przy hotelowym basenie, z nikim nie nawiązywały kontaktów, poruszały się tylko we dwie sobie znanymi ścieżkami i jeśli zwiedzały, to nigdy z grupą tylko zawsze wynajętym środkiem lokomocji z przewodnikiem do wyłącznej dyspozycji. Plażowały z dala od tłumu na pobliskiej koralowej wysepce bez jednej rośliny i wzbudzały wielkie zainteresowanie panów narodowości nie tylko egipskiej. Nikomu jednak nie udało się dotrzeć do niej, gdyż każdy był pilnie obserwowany przez hotelową straż, a niektórzy dodatkowo przez czujne żony.

Do obowiązków ochroniarzy należało rozpoznawanie wszystkich hotelowych gości (ok. 300 osób), a trzeba wiedzieć, że rotacja była ogromna – niemal codziennie jakaś grupa wyjeżdżała i przyjeżdżała nowa. Czasami grupy nakładały się i wtedy przed recepcją panował kosmiczny rozgardiasz. Miejscowe gazety donosiły, że tylko 1 dnia w Hurghadzie wylądowało 68 czarterowych samolotów pełnych turystów! No cóż, po opłatach za korzystanie z kanału Sueskiego, turystyka stała się drugim źródłem dochodów Egiptu. Kiedy w listopadzie 1997 w zespole Świątyni Królowej Hatszepsut islamscy fundamentaliści dokonali masakry ponad 60 angielskich turystów, Egipt natychmiast opustoszał i hotele w Kairze, Aleksandrii, Luksorze, Hurghadzie i Safadze zaświeciły takimi pustkami, że w następnych sezonach trzeba było mocno obniżyć ceny, by na nowo zwabić zagranicznych gości. I zwabiono. Głównie z Europy Wschodniej otaczając ich nadzwyczajną opieką.

formowanie konwoju fot. Grażyna KosmaNa teren hotelu oraz plaży nie był wpuszczany nikt obcy. Hotele stały jeden obok drugiego, dlatego długość plaży równała się długości hotelowej posesji, której granice wyznaczały m.in. wysunięte w morzę betonowe mola nieco powiększające areał plażowania z leżakami tak ciasno ustawionymi, że o intymności opalania należało zapomnieć. Nasza grupa od pierwszego dnia całkiem nieświadomie okupowała sprzęt hotelu sąsiedniego, bowiem w pierwszych 2-3 dniach żaden ochroniarz nie potrafił określić, do którego hotelu w istocie należymy, a my szliśmy tam, gdzie było więcej luzu. I tak już zostało do końca pobytu: szerokim łukiem omijaliśmy strażnika w budce usytuowanej na granicy posesji i rozkładaliśmy się tam, gdzie było najluźniej, ba, jeszcze życzyliśmy sobie doniesienie materaca. No naprawdę, to było kardynalne niedopatrzenie ochrony zarówno jednego jak i drugiego hotelu!

Goście w ogóle byli niesforni niczym dzieci: nie trzymali się reguł i łazili byle gdzie, robili byle co, no choćby te dwie flirtujące dziewczyny, albo Nina, która zamiast spać jak Allach przykazał, wędrowała samotnie po molach, przełaziła po skałach gdzie nie powinna przełazić, a jeśli nie dało się przejść, to po prostu przepływała wodą. I pilnuj takiej w sposób niewidoczny!

Ochrona turysty obowiązywała dosłownie wszędzie: w hotelu, na plaży, w mieście, poza miastem i gdziekolwiek tylko turysta zechciał być. Po kilku dniach przywykliśmy do jeepów wypełnionych mundurowymi uzbrojonymi po zęby, z bronią wcale nie na ramieniu ani w kaburze, tylko przy biodrze. Do zmroku można było swobodnie poruszać się po mieście, z dala jednak będąc obserwowanym przez ochronę. Gdyby chciało się wyjść poza miasto, to wyłącznie pod eskortą.

Wyprawa przez pustynię do dorzecza Nilu czy na safari do beduińskiej wioski zagubionej pośród bezkresnych piachów pustyni możliwa była tylko w specjalnie uformowanych konwojach złożonych z kilkudziesięciu autokarów, landroverów i samochodów osobowych. Konwoje otwierali i zamykali odziani w czarne mundury, uzbrojeni w krótkie karabiny maszynowe funkcjonariusze brygad specjalnych zwanych „skorpionami”.

Doświadczyłam tego w trakcie wyjazdu do Luxoru położonego ok. 300 km od Hurghady. Obudzono nas o godz. 2, wręczono suchy prowiant, wsadzono do piętrowego mercedesa i potem objeżdżaliśmy hotele, by jeszcze zabrać innych turystów. Przy wyjeździe z miasta nasz autokar 07-wikipedia-cc-egypt_convoybył 11 w kolejności, a za autokarami jechało 12 busików, tyle samo landroverów i bliżej nieokreślona liczba samochodów osobowych. Zanim konwój ostatecznie uformował się, było dość czasu na poobserwowanie „skorpionów”, którzy gęstym kordonem otaczali pojazdy i zwróceni twarzami ku pustyni, z karabinami maszynowymi gotowymi do strzału, wypatrywali ewentualnych band. Przy rabatkach każdego mijanego miasta – na szczęście nie było ich wiele – mieliśmy przymusowe przystanki z identyczną procedurą: kordon „skorpionów” ustawiał się plecami do konwoju, twarzą ku pustyni. Przez miasta konwój przejeżdżał bez zatrzymywania, mimo czerwonych świateł.

Fotografie pochodzą z archiwum Autorki za wyjątkiem fotografii Egypt convoy autorstwa Marion Golsteijn opublikowanej w Wikimedia Commons na licencji GNU-FDL

Część pierwsza tekstu

Podziel się na:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Google Buzz
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Skomentowano 4 razy

  1. Paweł Witek Pawel Witek pisze:

    Interesujące. Ciekawi mnie, czy ta ciągła obecność ochrony, konwoje, nie stają się w pewnym momencie irytujące ?

  2. gragaK gragaK pisze:

    Owszem. Ale nie ma rady, trzeba nauczyć się nie widzieć, choć mnie często korciło tak trochę im na przekór… Oczywiście nie miejskiej policji, bo z policją nie ma dyskusji, tylko tym hotelowym ochroniarzom. Hehehe, np. o północy kąpiel w morzu z nurkowaniem. Trzeba było widzieć, jak nerwowo chodzili po molo – zupełnie jak kwoka wychowująca kacze pisklęta!.

  3. gragaK gragaK pisze:

    Natomiast ochrona konwoju to rzecz tak oczywista, że ja osobiście nie miałam nic przeciwko. Traktowalam jako jeszcze jeden egzotyczny element.

  4. Pafnucy pisze:

    Witaj Grago!
    Bardzo sugestywnie opisałaś. Tym bardziej, że te adoracje ja właśnie przeżyłem. Była ładna Polka w naszej grupie. Wszędzie gdzie się pokazała to było cmokanie. Arabowie byli zauroczeni jej widokiem. Była młoda około 25 lat i jak na ich gust bardzo zgrabna. Miała czarne, długie włosy i to co najważniejsze – sympatycznie puszysta. Któregoś razu szedłem z nią w naszym hotelu i musiałem od niej odejść, bo syki za mną leciały. Ona miała być widoczna ze wszystkich stron.
    A ja jak wyszedłem na ulicę w Kairze to panie mnie dzieciakom pokazywały palcami. Nie wiedziałem o co chodzi. Dopiero kolega mi powiedział Sław goń do pokoju i zmień spodnie – byłem w krótkich.
    A obstawy wszędzie. Raz zostaliśmy zatrzymani tuż za Kairem, bo jechaliśmy do Suezu przez Synaj bez obstawy. Kierowca i kierownik wycieczki dostali przy nas niesamowitą burę od szefa mundurowych. Pisz, pisz Grago – wspaniale to robisz i z przyjemnością relacje Twoje czytam.
    Pozdrawiam Sław i też dalej Pafnucy

Skomentuj