picturepunk

Krocząc po bulwarze, cz. 5

Dlaczego tabloidy kłamią?

Pewnie dlatego, że im się to opłaca. Żeby rozwinąć ten wątek wrócę do opowieści o dziejach polskiego bruku. Przypomnę, że historię tę przerwałem w momencie, kiedy „Super Express” tracił pozycję lidera na rzecz nowej gwiazdy. Nową gwiazdą okazał się niemiecki desant w postaci wydawanego przez koncern Axel Springer dziennika Fakt. I trzeba przyznać, że Superak dowodzony wówczas przez Mariusza Ziomeckiego, przespał moment  jego narodzin dokumentnie. Oczywiście, przygotowywany w tajemnicy przez konkurencję projekt nowej gazety trafił do naszej redakcji na kilka dni przed debiutem, jednak nikt się tym nie przejął. A pierwszy numer Faktu, jaki ukazał się w kiosku też nie był rewelacyjny. Ale już w tym pierwszym wydaniu widać było zapowiedź nadchodzącej rewolucji. Wzorowany na niemieckim dziecku Axela, gazecie Bild, nowy polski brukowiec zrewolucjonizował tabloidową makietę dokumentnie. Nie będę teraz o tym pisał, bo chcę się tym zająć nieco później. Tutaj napiszę, co było rewolucją w warstwie ideologicznej i treściowej. Jak być może pamiętacie, pisałem, że w dawnym Superaku nie było miejsca na kłamstwa, dopuszczalne było co najwyżej podkoloryzowanie informacji. Fakt pokazał, że taki  kierunek jest niekoniecznie słuszny, gdy w grę wchodzi rząd dusz setek tysięcy potencjalnych czytelników. Żeby ich pozyskać nie wolno cofać się niemal przed niczym.

1114925_lazy_morning_coffeePrzytoczę kilka przykładów na to, jak gazeta niemieckiego wydawcy realizowała swój blitzkrieg na polskim froncie medialnym. Pierwszy, który mam w pamięci to sprawa słynnego wieloryba, który miał nieszczęście kilka lat temu zbłądzić na wody Bałtyku. Fakt nie mógł przepuścić takiej gratki! I żeby pokonać konkurencje w walce o czytelników zdobył się na rzecz niebywałą. Przez kilka dni gazeta informowała czytelników o wędrówce nieszczęsnego walenia w… górę Wisły. Z faktu ludzie dowiedzieli się, że zwierzę opuściło morską toń i postanowiło wybrać przytulne zacisze warszawskich brzegów. Żeby dać świadectwo słowom, redakcja zamówiła sporych rozmiarów pływającą makietę wieloryba, którą zwodowano na Wiśle pewnego pięknego dnia, gdzieś w stolicy. Fotoreporter zrobił serię zdjęć, znaleźli się nawet „przypadkowi” spacerowicze, którzy gorąco zapewniali, że zwierzaka w rzece widzieli. Myślicie, że nikt w te brednie nie uwierzył? Jesteście w błędzie, byli tacy, co uwierzyli. Zresztą do wymyślania podobnych manipulacji byli w redakcji Faktu odpowiedni ludzie. Nazywano ich „działem tematów z dupy wyjętych”, w skrócie DTZW. Rzecz jasna, w oficjalnych strukturach redakcji takiej instytucji nie było. A potrzebę swojego istnienia, ci artyści bulwaru udowadniali co jakiś czas. Na przykład serią tekstów o genialnym, wścibskim chomiku, który a to podglądał na zlecenie swojego pana i jego narzeczoną za pomocą minikamery zainstalowanej na plecach, a to sążnistym tekstem, okraszonym zdjęciami chłopów chłepcących na klęczkach wódkę z cudownego jeziora gdzieś w Polsce B. Ale największy wyczyn tego zespołu to publikacja rzekomego listu betanek z Kazimierza, sugerującego, że zniewolone przez przełożoną siostry zakonne mogą popełnić zbiorowe samobójstwo.

Fakt taki list napisał i opublikował. Afera zrobiła się, gdy sprawą ewentualnego samobójstwa zajęła się prokuratura. Wówczas gazeta przyznała się do kłamstwa. Tak o tym pisała (z satysfakcja jak sądzę) Gazeta Wyborcza: „>>Betanki szykują zbiorowe samobójstwo<< – to tytuł sobotniego Faktu. Tabloid napisał, że rodziny zakonnic z Kazimierza otrzymały zatrważające listy. W tekście wypowiada się zrozpaczona matka jednej z sióstr. >>Moja córeczka pisze, że nadszedł czas próby i ma zamiar przejść na stronę światła. Co to wszystko znaczy? Jestem przerażona! Boję, że ona chce sobie odebrać życie! Kiedy wreszcie ten koszmar się skończy?<<. Tekst postawił na nogi policję. Do Kazimierza ruszyli dziennikarze. Prokuratura wszczęła śledztwo, by sprawdzić, czy zagrożenie samobójstwem jest realne. Policjanci ustalili, że personalia podane w tekście nie zgadzają się z danymi osób, które są w Kazimierzu. Janusz Wójtowicz, rzecznik lubelskiej policji, poinformował nas we wtorek, że poprosili „Fakt” o list od betanki. W odpowiedzi na prośbę o list tabloid zażądał pisma, a potem – po ponagleniach policji – stwierdził, że odpowiedź przygotowują prawnicy. W środę przesłuchany został jeden z wicenaczelnych tabloidu. – Powiedział, że redakcja drukując tekst o betankach popełniła błąd, a informacje w nim zawarte są nieprawdziwe – informuje Marek Woźniak, zastępca szefa Prokuratury Okręgowej w Lublinie. – Redaktor wyjaśnił, że „Fakt” otrzymał relację od jednego z lubelskich współpracowników gazety, który przekazał im fotokopię listu, oraz fotografię rzekomej matki jednej z betanek. I że redakcja „Faktu” usiłowała zweryfikować prawdziwość informacji, ale dopiero po publikacji tekstu. Zastępca naczelnego zapowiedział, że „Fakt” opublikuje w tej sprawie sprostowanie. Obiecał, że w czwartek przekaże fotokopię fałszywego listu. Pod tekstem o możliwości samobójstwa betanek podpisany był Rafał Marczuk. Lubelscy dziennikarze nie znają takiego reportera.” Przepraszam za ten przydługi cytat, ale doskonale oddaje on mechanizm pracy w redakcji Faktu, choć nie mówi wszystkiego o tej akurat sprawie. A sprawa miała się tak, że dwaj redaktorzy gazety, którzy byli odpowiedzialni za powstanie tego materiału, koniec końców odeszli z gazety. Dokąd? Ano do Super Expressu. Na zdecydowanie kierownicze stanowiska. I od tego czasu Superak, w sferze wizualnej upodabnia się do młodszego konkurenta. Choć nie publikuje się tam tekstów o jeziorach wódki itp., nie znaczy to, że Superak jest oazą rzetelności i dziennikarskiego obiektywizmu. Przegrana w procesie, który wytoczyła ostatnio redakcji Doda (SE napisał, że ta osoba wystąpiła publicznie bez majtek) świadczy o czymś absolutnie odwrotnym.

Tabloidy naciągają fakty, kreują rzeczywistość, okłamują, rżną głupa i są święcie przekonane, że „ciemny lud to kupi”. No i lud kupuje. Bo wciskaniem mu kitu zajmują się ludzie bardzo sprawni w rzemiośle, inteligentni, pomysłowi, z pewnością mądrzejsi od czytelników swoich tekstów (sorry drodzy czytelnicy Faktu i SE, ale tak jest). No i bardzo sprytni. Sprytnym trzeba być, żeby uknuć taką intrygę, jaką uknuł Fakt po przegranym procesie z Joanną Brodzik. Sąd nakazał redakcji przeprosić aktorkę na pierwszej stronie tabloidu. Co zrobiła gazeta, żeby ukryć rozmiar porażki? Ogłosiła „narodowy dzień przeprosin”! Wszyscy dziennikarze wszystkich oddziałów i działów musieli znaleźć ludzi, którzy z imienia, nazwiska i zdjęcia zechcą przeprosić kogoś za coś. A to pan Janek Kowalski (55 l.) przeprasza małżonkę za przepicie całej wypłaty, a to pani Zosia Nowak ( 33 l.) przeprasza pana Jurka, że woli od niego jego kolegę itp. itd. cały naród się kaja za grzechy lżejsze i ciężkie. I wśród tych przeprosin skromny Fakt przeprasza Joannę Brodzik (36 l.) za napisanie jakichś bzdetów na jej temat. Czyż to nie sprytne? Jak dla mnie majstersztyk.

O tym, jak brukowce kłamią i manipulują rzeczywistością można by napisać jeszcze sporo. Wystarczy powiedzieć, że będą to robić nadal, a nam pozostaje żyć nadzieją, że kłamstwo ma krótkie nogi. A z drugiej strony – która gazeta sprzedaje się najlepiej w kraju? No zgadnijcie…

cdn.

Pierwsza część tekstu: Krocząc po bulwarze

Druga część tekstu: Krocząc po bulwarze, cz. 2

Trzecia część tekstu: Krocząc po bulwarze, cz. 3

Czwarta część tekstu: Krocząc po bulwarze, cz. 4

Fotografia: lazy morning coffee autorstwa luci, opublikowana w serwisie stock.xchng

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

Podziel się na:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Google Buzz
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Skomentuj