gragaK
Egipt inaczej (cz.1/3)
Na tyłach fasady
W tej krainie wyróżnia się 4 regiony: Półwysep Synaj, piaszczystą Pustynię Zachodnią (Libijską), skalistą Pustynię Wschodnią (Arabską) oraz Dorzecze Nilu rozdzielające obie pustynie. Sam Nil jest jakby kręgosłupem, drzewem życia organizmu o nazwie Egipt, bowiem brzegi tej najdłuższej rzeki świata pokrywa swoista oaza, w której życie toczy się od zawsze. Z punktu widzenia gospodarczego najważniejsza jest szeroka delta (22 tys. km²) stanowiąca główny region rolniczy kraju z nowoczesną agrotechniką dającą obfite zbiory, 3-4 razy w roku. Delta jednak jest zaledwie ułamkiem całego dorzecza długiego 6671 km, a na terenie Egiptu ok.1200 km, gdzie pasy zieleni miejscami nie przekraczają 3 km szerokości, przy czym w górnym biegu rzeki pustynia dosięga samych wód. Na całej tej długości gospodarka prawie wcale się nie zmienia – nadal bezbłędnie funkcjonują żurawie z przywiązanymi blaszankami, choć gdzieniegdzie można już spotkać zainstalowane pompy spalinowe tłoczące wodę do melioracyjnych rowów ginących w głębi upraw. Zieleń jednak rzadko jest tak bujna, jak podają przeróżne opisy pełne euforii, zapewne wynikłej z zaskoczenia widokiem soczystej roślinności w krainie nielitościwej pustyni.
Od czasu wybudowania Wielkiej Tamy Asuańskiej (1970 r.) Nil nie wylewa. Braki mułów osadowych, które przez tysiąclecia systematycznie użyźniały glebę zastąpiono intensywnym sztucznym nawożeniem. To, jak również silne parowanie w kanałach melioracyjnych, zwiększa stężenie nawozów, co sprzyja silnej eutrofizacji (proces wzbogacenia zbiorników wodnych w substancje pokarmowe) wód i rozwojowi drobnoustrojów, m.in. larw przywry z rodzaju Schistosoma mansoni wywołujących bilharcjozę przewodu pokarmowego, wątroby i śledziony. O tym mówi się w szkołach, w radio i w TV, a turystów ostrzega przed zanurzeniem choćby małego palca u nogi, bo „od razu owrzodzieje”.
Dzisiejszych fellachów nie nękają powodzie, dlatego tuż nad brzegiem najdłuższej rzeki świata mogą budować domy wzorem przodków, czyli z suszonej cegły uformowanej z rzecznego mułu. Zamiast dachu rozpinają druty, na których rozkładają ulistnione łodygi kukurydzy, trzciny i papirusa. „Dlaczego nie ma dachów?” – pytają zdziwieni turyści. A no z czysto ekonomicznej przyczyny. Za budynek z dachem obowiązuje wysoki podatek, a przecież na południu Egiptu deszcz pada raz na 2-3 lata w ilości zaledwie kilkunastu milimetrów. Po co więc dach? 
W domostwie zazwyczaj mieści się tylko jedna izba zamieszkana przez wielodzietną rodzinę (śmiertelność dzieci jest ogromna, jednak każda rodzina posiada ich przynajmniej czworo), a także żywy inwentarz, jak: kury, koza, pies. Często brak łóżek, które z powodzeniem zastępują tkaniny wieczorem rozkładane bezpośrednio na klepisku. Jeśli jest doprowadzona elektryczność, rodzina posiada telewizor, o czym świadczy okrągła antena satelitarna na „dachu”. Brakować może łóżka i stołu, lecz w żadnym przypadku telewizora! Ten wynalazek XX wieku bywa ustawiany nawet na chodniku przed wejściem, nierzadko w samym środku wszędobylskich śmieci.
Egipska TV nadaje programy na 3 kanałach, jednak zwykle odbierane są tylko dwa, oba tak samo przepełnione politycznymi bla-bla, transmisjami z akademii, masówek i zbiorowych modlitw, bo Egipcjanie są bardziej arabscy niż Arabowie. A wszystko to urozmaicają dość zabawne reklamy, np. w reklamie proszku do prania gwiazdą nr 1 jest proszek, gwiazdą nr 2 – miska, natomiast nr 3 – przedpotopowa tara, albowiem większość egipskich gospodarstw nie posiada elektrycznej pralki i Egipcjanki odzież piorą bezpośrednio w Nilu, depcząc stopami, tłukąc deską i trąc właśnie na tarze. Natomiast ich mężczyźni motyką uprawiają maleńkie przydomowe poletka nierzadko mierzące zaledwie 6-8m². Owszem, nad samym brzegiem Nilu są i bogatsze gospodarstwa z piętrowymi domami i całkiem sporymi polami uprawnymi (za odpłatnością turysta może je obejrzeć), ale niewiele wpływają na standard ogólny.
Egipcjanie, jak wszędzie w Afryce, żyją na zwolnionych obrotach. Turystów postrzegają jako dolar chodzący, bowiem podstawowym źródłem dochodów przeciętnego obywatela jest bakszysz (datek, napiwek). Przyznać jednak trzeba, że bardzo skrupulatnie przestrzega się nie wręczanie pieniędzy dzieciom, które wolno obdarować owocami, słodyczami lub konkretnym jadłem, lecz w żadnym wypadku walutą. Żebractwo jest jednak powszechne i nachalne na równi z namolnością kupców oferujących towar i przy okazji targujących się zapamiętale. Nie każdy turysta zna trudną sztukę negocjowania cen, jak również nie każdy kocha to robić, dlatego wielu podczas swych wieczornych spacerów pęta się środkiem jezdni, by utrzymać należyty dystans pomiędzy sobą i handlarzami. O zmroku nie jest to raczej roztropne, gdyż egipscy kierowcy zapominają włączać światła mijania, za to do oporu dociskają pedał gazu…
Fotografia: autorstwa Grażyny Kosmy





Szanowna GragaK!
Ja tam byłem w 1989 r. Jestem zachwycony tym krajem, ludźmi i zabytkami. To tam był początek Biblii i chrześcijaństwa. To Faraonowie nadali styl byciu społeczności, która musiała niby uciekać z stamtąd. Te wspaniałe – uśmiech ludzi okazywany na każdym kroku -bardzo mnie ujęły. Czekam z wielką niecierpliwością na następne. Paf
Interesujące.
Poproszę o więcej:)
Tak opisane wrażenia poróżnicze przyprawiają o wyobraźnię, że jest się tam na miejscu.
Witaj Grago!
jako wytrwały i zapalony podróżnik czekam na kolejne odcinki, więcej zdjęć i więcej osobistych relacji i anegdot
pozdrawiam
Świat jest piękny, od tej strony, którą zaprezentowałaś. Che oglądać tylko takie strony;)
Pafnucy, zazdroszczę oczarowania, gdyż mnie go właśnie tam zabrakło. Może dlatego, że byłam świeżo po innych arabskich zakątkach i już czułam się mocno zdegustowana namolnością oraz negocjacjami o wszystko. Poza tym nigdzie nie czułam się taką „dojną…” jak w Egipcie, ale na szczęście arecheologia ratowała wszystko. O niej jednak w cz.3 też inaczej.
)
Byłam już na Półwyspie Synaj a teraz to miałam płynąć Nilem, kocham Egipt i myślę , że jeszcze tam wrócę. Dziękuję Grażynko za interesujące wiadomości:) Pozdrawiam.
Joanno, opisz i dołącz swoje turystyczne ‘printy’, albowiem każdy widzi co innego i na dobitkę całkiem inaczej.