picturepunk

Krocząc po bulwarze, cz. 3

Jak się robi brukowiec? Co nieco o zdjęciach…

Tym, co wyróżniało „Super Express” spośród innych gazet w pierwszych latach jego istnienia była tematyka, jaką ta gazeta podejmowała, oraz specyficzny język przekazu, którego używali dziennikarze do komunikacji ze swoimi czytelnikami. Zdjęcia były ważnym i cennym, ale jednak tylko uzupełnieniem całości. Dziś te proporcje się odwróciły i język tabloidów – w tym także Superaka – stał się językiem obrazkowym. Przerwijmy zatem opowieść o prehistorii polskiego bulwaru i zajmijmy się tym, co dziś najważniejsze dla tego gatunku, a mianowicie zdjęciami.

800px-bratislava_bronze_paparazzoZasada jest prosta. Nie ma zdjęcia, nie ma tematu. Nawet, jeśli temat jest ważny i ciekawy. Po prostu obrazek to świętość i rzecz, bez której żaden szanujący się tabloid nie może istnieć. Obrazek to punkt wyjścia dla materiału. Od pytania o to, czy materiał jest „dobrze ozdjęciowany”, redaktor zaczyna rozmowę z reporterem o ewentualnej publikacji tekstu. Obrazek może być zrobiony przez klasycznego fotoreportera, przez paparazzo z ukrycia, pozyskany od rodziny osoby, której dotyczy tekst, ściągnięty z sieci (nasza-klasa na przykład) itp. itd. Zdjęcia dzielą się na te zrobione oficjalnie za zgodą fotografowanych (kontakt wzrokowy, pełna sylwetka, emocje wyrażone gestem lub smutnym wyrazem twarzy ukrytej w dłoniach) oraz na te robione „spod łokcia”, czyli z ukrycia, z zaskoczenia, wbrew woli.

Tu trzeba powiedzieć o jeszcze jednym gatunku zdjęć. Mam na myśli tzw. „ustawki”. „Ustawka” to zdjęcie osoby popularnej zrobione za jej zgodą, a imitujące fotkę robiona z ukrycia. Rzecz w tym, że gwiazdy same często dzwonią do redakcji, albo do fotoreporterów i mówią, że wtedy to a wtedy będą w knajpie jadły kolacje z narzeczonym, albo będą w takim to a takim butiku kupować ciuchy. O umówionej porze, w umówionym miejscu zjawiają się obie strony tej gry i odbywa się taka dziwaczna sesja zdjęciowa, która następnego dnia ukazuje się w gazecie, okraszona dużym tytułem z wykrzyknikami, informując czytelników o jakimś wydarzeniu z życia gwiazdy. Ta metoda stosowana jest najczęściej przez gwiazdki nieco przyblakłe, albo zapomniane. Bywa, że korzystają z niej także politycy. Przykładów poszukajcie sami…

Każda fota jest dobra, nawet jeśli nie jest doskonała technicznie. Byle spełniała wymogi drukowalności w brukowcu. A w brukowcu, jeśli zdjęcie nie jest za ostre to nawet dobrze, podnosi to jego rangę jako „dokumentu”, czyli uwiarygodnia w ocenie czytelnika-oglądacza. Reporter – zwróćcie uwagę, nie fotoreporter, ale właśnie reporter – odpowiedzialny jest za pozyskanie zdjęcia, za to żeby fotograf był na miejscu we właściwym czasie, także za to, żeby np. najbliżsi ofiary przestępstwa udostępnili jej zdjęcia gazecie. Każdy, kto przez lata pracował w tzw. zwykłych mediach i jakimś nieszczęśliwym zrządzeniem losu trafił do brukowca (redukcja etatów w macierzystej redakcji, większa kasa, naiwna wiara w pozytywne skutki zmiany otoczenia, albo skrajna głupota) musi wyrzucić do kosza wszystko, czego nauczył się do tej pory w tej profesji. Od tego momentu jego priorytetem nie jest dociekanie prawdy. Od tej pory sen z powiek będzie spędzać mu strach o to, że pewnego dnia nie zdobędzie oczekiwanego zdjęcia i wówczas wszechmogący redaktor kreujący rzeczywistość zza biurka wścieknie się. A wściekły redaktor potrafi opluć, upokorzyć, zmieszać z błotem. System presji i swoisty mobbing to jedna z metod pracy redakcyjnej. Bez niej reporterom zwyczajnie by się nie chciało stawać na głowie, żeby zdobyć zdjęcie bez względu na okoliczności. Nie chciałoby się robić z siebie idioty, najkrócej rzecz ujmując.

Nie mogę nie napisać o jeszcze jednym rodzaju fotek ulubionych przez prasę brukową. Nazywa się je „przyżyciówkami”. Co to takiego? Ano są to zdjęcia osób, które już nie żyją, zrobione jeszcze za ich życia. Kiedy widzicie na pierwszej stronie brukowca uśmiechnięte zdjęcie pełnej życia ofiary wypadku, strzelaniny czy psychopatycznego nożownika, to właśnie macie do czynienia z „przyżyciówką”.

Czasem jej zdobycie bywa niemal niemożliwe. Ale i na to są sposoby. Znam takich dziennikarzy, którzy nie wahają się wykraść potrzebnego im zdjęcia. Naprawdę.  A i sam mam pewne osiągnięcia w materii pozyskiwania fotek „nie do pozyskania”. Kiedy kilka lat temu, w jednej z nadmorskich miejscowości, szesnastoletni wychowanek domu dziecka zabił swojego siedmioletniego kolegę, dyrekcja i wychowawcy placówki nie dali mi możliwości zdobycia zdjęcia zabitego chłopca drogą oficjalną. Co zrobić w takiej sytuacji? Pomocni okazali się koledzy ofiary i jej kata. Poprosiłem jednego z zagadniętych chłopców, ciekawie przypatrujących się najazdowi dziennikarzy o to, by pokazał mi ofiarę na zdjęciu. Kiedy dzieciak przyniósł zdjęcie, na którym był i zabity siedmiolatek i szesnastoletni zabójca, nie miałem trudności z przekonaniem go, żeby dał mi tę fotkę na własność.

Pamiętacie historię „polskiej narzeczonej” Hugh Granta? Kilka lat temu opowieść o pocałunku złożonym przez słynnego aktora na ustach mieszkającej w Londynie polskiej emigrantki, nie schodziła z pierwszych stron polskich i angielskich brukowców przez parę tygodni. Tak się złożyło, że owa dama była z urodzenia gdynianką i na dziennikarzach trójmiejskiego oddziału Superaka spoczął obowiązek zdobycia jej zdjęcia. No dobra, ale skąd wziąć fotkę – aktualną, czy archiwalną, skoro nawet nie wiadomo, pod jakim adresem mieszka rodzina pani Katarzyny? Da się zrobić! Moja redakcyjna koleżanka, gdynianka zresztą, miała dobre układy w urzędzie miasta, w referacie meldunkowym. Na tyle dobre, że udało się jej przekonać urzędniczki nie tylko do tego, by ujawniły adres ojca owej pani, ale udostępniły jej starą fotkę, bodaj z akt paszportowych. A życzliwy tatuś  chętnie opowiedział historię swojej córki i nieudanego małżeństwa z jej mamą. O ile pamiętam, zainkasował za to parę groszy.

Inny przypadek – za zdjęcie czternastoletniej Ani, gimnazjalistki z Gdańska, która popełniła samobójstwo, zapłaciłem jej koleżance 100 złotych. Fakt, że wtedy akurat pracowałem dla gazety, która do dziś stara się uchodzić za opiniotwórczą. Ale opiniotwórczy redaktorzy z Warszawy tak bardzo chcieli mieć to zdjęcie…

cdn.

Pierwsza część tekstu: Krocząc po bulwarze

Druga część tekstu: Krocząc po bulwarze, cz. 2

Czwarta część tekstu: Krocząc po bulwarze, cz. 4

Piąta część tekstu: Krocząc po bulwarze, cz. 5

Fotografia: Bratislava Bronze Paparazzo, autor: Benmil222, licencja: GNU-FDL, źródło: Wikimedia Commons

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

Podziel się na:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Google Buzz
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Skomentowano 7 razy

  1. Ossad ossad pisze:

    Coraz ciekawsze. Zwłaszcza o gwiazdkach dzwoniących na „ustawkę”. I politykach.

  2. annamotreanu annamotreanu pisze:

    Takie sztuczki ze zdjęciami widziałam w serialu „Dirt”. Okazuje się że serial ma wiele wspólnego z rzeczywistością…

  3. Jola pisze:

    Interesujące. Zwrot „materiał jest „dobrze ozdjęciowany” pewnie mi się niebawem przyda.

  4. Ewa Krzysiak Ewa Krzysiak pisze:

    :)

Skomentuj