Klara Maj
Film o tańcu
Muszę się przyznać do pewnej niegroźnej słabości. Lubię oglądać filmy na temat tańca. Tak wiem, że są takie na wyższej półce jak Carlosa Saury „Fado”, ale ja preferuję te z półki niższej, gdzie fabułka jest zawsze taka sama.
Czyli nieszczęsna bohaterka lub nieszczęsny bohater, najczęściej z jakichś społecznych nizin mają w życiu pod górkę, ale że lubią taniec i ćwiczą go zapamiętale, to życie zdaje się jakieś lżejsze, bo w końcu lepszy pląs niż dąs okraszany crackiem co wieczór na ulicach wielkiego miasta, albo w spelunie podejrzanej.
Potem bohater albo bohaterka nagle wpadają do świata lepszego niż ten, jaki dotąd znali, poznają tam jego albo ją, doznają zauroczenia i odtąd stają się aspirujący. Tzn. chcą posiąść jego albo ją z lepszego świata i co ważniejsze, w tym lepszym świecie się znaleźć, wydostać się z getta na salony.
Po drodze bywają oczywiście perypetie. Kulminacją takiej fabuły jest fakt, że para znajduje się w nieporozumieniu i się od siebie oddala. Życie, źli ludzie rzucają im pod nogi kłody i oni przez moment ulegają fatalnemu losowi, ale tylko po to, żeby w finale się okazało, że są jednak niezłomni i dać nam powód do łez wzruszenia oraz do myśli: ”Boże, jak on/ona pięknie walczy”.
Wszystko to jest przy dźwiękach najnowszych hitów ze stajni Timbalanda albo nawet Lady Gaga, w każdym razie muzyka pulsuje rytmicznie, nóżka chodzi, krew się burzy pojawia się taka oto myśl, a może by tak do osiedlowego klubu się zapisać i chociaż salsę poćwiczyć z jakimś fajnym gejem. Włożyć obcisłe legginsy, geterki i specjalne butki na miękkiej podeszwie i dać się sponiewierać na treningu, a potem z lubością przyglądać się jak spada waga i błysk w oku się pojawia. U mnie kończy się tylko na myśleniu o tym, ale co, pomarzyć dobra rzecz.
Wracając na ziemię, do filmów tanecznych. Ostatnio mamy euforię na punkcie tańca, telewizja TVN jeszcze z 10 lat będzie nadawać kolejne sezony Tańca z gwiazdami, będzie raczyć nas ckliwymi felietonami o murarzu, który pojechał do Lizbony, bo trenował uparcie break dance, a studia filmowe w Hollywood produkcjami typu „Step up” albo „Step up2” albo „Just Dance”.
Żyłę złota postanowiła eksplorować także wspomniana już TVN i zaciągnęła zza oceanu reżysera oraz wybitnego tancerza. Kazała młodemu Damięckiemu iść na siłownię, zwabiła aspirującą do hollywoodzkiej high society Izę Miko i postanowiła wysmażyć taneczny film. Fabuła taka jak opisałam powyżej. Ale. No właśnie ale.
Tu dywagacja, z reguły nie chadzam na polskie filmy, bo wiem, że z prędkością światła ukażą się one na dvd, wyjątek robię dla Machulskiego, bo ze względu na Seksmisję mam do niego sentyment. Ale tym razem poszłam, bo promocja filmu jest tak nachalna, że musiałam ulec ciśnieniu, żeby ze mnie zeszło. I okazało się, że naprawdę nie jest łatwo zrobić nawet banalny w fabule film taneczny. Okazało się, że nakręcenie scen tanecznych jest sprawą trudną i nie bez przyczyny finałowe sceny w amerykańskich produkcjach sprawiają, że serce każdego kanapiarza bije mocniej na ich widok. W Filmie „Kochaj i tańcz”, bo o nim mowa, sceny tańca migają jak obrazki w kalejdoskopie, wirują, wirują i w oczach robią się mroczki (nie że bracia Mroczek, ale mroczki takie), w końcu zaczyna boleć głowa i marzy się o filmie Zanussiego, gdzie ktoś wreszcie nas zagada i zanudzi na śmierć.
Do tego i tak nieskomplikowana fabuła uproszczona do paru gestów. Iza Miko grająca na jednej minie, na tak zwanym dziubku, Damięcki prężący muskuły, ale bez efektu, bo tułów jakiś za długi ma. Jedyną przyjemność odczułam patrząc na Dominikę Kluźniak, jakieś 5 sekund na ekranie albo Katarzynę Herman, bo lubię jak stroi miny, robi to mistrzowsko, nawet jeśli niewiele z tego wynika to mi się podoba.
I taka jest konkluzja z obejrzenia filmu „Kochaj i tańcz”, że nie wystarczy ostry przytup w tańcu z kijami, nie wystarczy Ewa Szabatin w kapeluszu i hit Apologize. Nie wystarczy aktorka aspirująca do mieszkania na wzgórzach Hollywood, a i taniec okazuje się tak naprawdę sprawą dość skomplikowaną i na co dzień chyba mało efektowną, zwłaszcza dla tych, którzy mają mało czasu, a chcą nauczyć się kroków w 3 tygodnie na jednym kursie.
Przydałby się tak jak każdemu w życiu, ogólnie i szczególnie, lepszy scenarzysta, montażysta i choreograf, ale taki zestaw nie przytrafia się często, zaryzykuję stwierdzenie, że raczej bardzo bardzo rzadko.




Czytałem, że pono film to „taniec z gwizdami” (ups, „gwiazdami” oczywiście), tylko z namiastką fabuły. Jako, że „taniec to mowa ciała, a moje ciało mówi: nie ” to filmu w życiu nie obejrzę, chyba, że jako wymyślną torturę. Ale recenzja smakowicie wypieczona, więc czytało się dobrze. Strzelam, ale uważam, że recenzja lepsza niż film. Tak bywa. Szczególnie z naszymi produkcjami
Na film po Twojej recenzji raczej się nie wybiorą, ale samą recenzję przeczytałem z dużą przyjemnością. Pióro ostre masz jak zawsze.
Mnie się czasem udaje trochę potańczyć, ale w Poznaniu jest łatwiej, co rusz to jakieś ciekawe warsztaty albo coś…
Moim ulubionym tańcem jest pogo. Czy są o tym jakieś filmy?
He, he… Zapraszam do Twierdzy Poznań, Osad. Poskaczemy sobie u Bazyla.
Ossad, może jakiś dokument z Jarocina z lat 80-tych?:D
właśnie się zastanowiłam czy recenzja ma zachęcać tak ogólnie, czy programowo zniechęcać? nie wiem, bo ja lubię recenzje takie bardziej osobiste, kiedy wiem, że to cudze zdanie i ten autor daje mi prawo do wyrobienia sobie swojego. Ja tu tylko nakreśliłam jakąś tam refleksję na dany temat, a wybór jest zawsze sprawą otwartą, no chyba, że ktoś tańca nie lubi i np. na weselach siedzi zawsze przykuty do stołu z sałatkami hehehe
Bonar, fakt, produkcja wydumana, ale nieudana, tak w jednym zdaniu:)
Szern, no proszę cię, w wawie masz na każdym szanujacym się osiedlu szkołę tańca:)
ale chyba czasem też prędzej bym na to pogo poszła, no bo ta anarchia i wogle:]
na weselu to nawet ja tańczę. Ale dopiero po spożyciu pół litra na głowę
Bonar, tak myślalam;] ale wydaje mi się, że nie jesteś jakimś tam wyjątkiem heheh
Klaro! Ja nie miałem na myśli osiedlowych szkół tańca, tylko na przykład takie imprezy: http://www.ptt-poznan.pl/stronyi/655.php
A tak naprawdę, to chciałem Cię zmobilizować do wyjścia z domu i potańczenia.
Marcin, ale poza PTT to te warsztaty siakieś dziwne – flamenco itd…. A może zawsze źle szukałam
Cóż, festiwal flamenco też bywa interesujący, choć organizacja szwankuje. PTT organizuje sporo różnych rzeczy, a i innym zdarzają się jedno-, dwudniowe fajne warsztaty np. street jazzu. W Starym Browarze też miało miejsce kilka ciekawostek. Jeśli chodzi o mnie, dzieje się dużo, choć nie korzystam tyle ile bym chciał.
Ja bym się z Bonarem dogadał.
Szern, wierz mi, że mimo kanapiarstwa, wrodzonego lenistwa wychodze w takie miejsca, gdzie skutecznie udaję, że uprawiam pląs hehe
jestem otwarta na każdy rodzaj tego rodzaju aktywności od pogo/mam fioletowe martensy ;]/ po ruch weselny po półlitrze;]
jak to mówią, nic co ludzkie:)
poza tym nie nagrywam filmu, więc na efekty można spuścić litościwie zasłonę milczenia, prawda:)
oj Maciek, krygujesz się!
w sensie, że co?
[quote=Marek Bonarski]na weselu to nawet ja tańczę. Ale dopiero po spożyciu pół litra na głowę[/quote]
Czyżbyś miał dwie głowy?
Do towarzystwa to nawet więcej
No i zaznaczam, że pół litra to jest wstęp, a nie sedno
Sęk w tym, by wypośrodkować picie, taniec i zabawę.
Jak wszystkiego jest w bród, to się wypośrodkuje
Damar to jest jednak kurczele optymista hehehe
Jest taki film, ‘Wesele” (ale to bez Chochoła
), tam to umieli wypośrodkować: setka, papieros, przysiady, i tak w koło. Zestaw dla prawdziwych twardzieli
Bo są takie przypadki, że ledwo ktoś zaczął, a już skończył, bo za dużo i za szybko. Grunt to dobre towarzystwo, które umie wytworzyć fajny klimat do zabawy. A co do Wesela, to jeden z najlepszych ostatnio filmów.
Zepsuty bigos też był dobry ” Jak będe głodny, to sam chętnie zjem” haha
Bonar, uwielbiam ten film:)
i Tymona i białego misia i radcę i ojca panny młodej, i klimat i wszystko. posżłabym na takie wesele:)
Hehehhe, film rzeczywiście się udał, jakby nie był polski
)) A takie wesela to sa na wsiach, bylem parę lat temu na podobny, tyle co wypiłem wtedy to wprost nie do wiary
Ja to chyba się zbrytonizowałem, bo mi się nie podobał za bardzo …
Po prostu powinieneś pójść na takie wesele, „bo to Polska właśnie”… oczywiście film jest karykaturą, ale jakoś dziwnie bardzo prawdziwą. Nie ma w filmie praktycznie sceny o której można powiedzieć: „to nieprawdziwe”, „tak się nie zdarza”, to właśnie siła filmu – zbiór scenek z których każda powtarza się codziennie, gdzieś w Polsce
Maciek, to szkoda wielka:) spolszczenie jest fajniejsze:))
No ja się zgadzam, że spolszczenie lepsze.
A na weselach wiejskich byłem. Nie raz. I wypośrodkowałem, ale wątroba nie