annamotreanu

„Gówniana” książka, czyli pare słów o „Merde!W rzeczy samej”

Okładka książkiJaki jest przepis na kąśliwą, humorystyczną książkę, która sprzeda się w milionach egzemplarzy? Jak się okazuje, dość prosty – wystarczy wrzucić razem do garnka:

- jednego obcokrajowca płci męskiej,

- kraj, którego z racji historii i kultury, tenże obcokrajowiec nie będzie potrafił, mimo ustawicznych usiłowań, zrozumieć,

- kilka kobiet, o osobliwych zwyczajach i swobodnym podejściu do seksu,

- stukniętego poetę, nieuczciwego architekta i niezrównoważonych prawie- teściów

- a wszystko to doprawić szczyptą ironii i niepoprawności politycznej, a następnie polać sowicie tytułowym Merde.

I – voila! – mamy bestseller.

Dla wszystkich tych, którzy nie wiedzą, co oznacza słówko „Merde”, spieszę z wyjaśnieniem. Jest to, ni mniej ni więcej, nasze polskie (swojskie) „Gówno”, które nie wiedzieć czemu, w języku francuskim brzmi zdecydowanie bardziej elegancko. Jest to także jedno z najpospolitszych przekleństw używanych przez ten naród, mieszczące się w tych samych ramach symboliczno – estetycznych, co polska „cholera”. I wreszcie – jest to hasło przewodnie Paul’a West’a, bohatera książki Clarka, Anglika mieszkającego we Francji i zmagającego się ustawicznie z „Żabojadami”.

„Merde! W rzeczy samej” to druga z cyklu czterech książek napisanych przez Stephan’a Clark’a, brytyjskiego dziennikarza, który od 12 lat mieszka we Francji. Sam cykl, ochrzczony przez prasę jako „męska wersja Bridget Jones”, ma już obecnie status prawie kultowy, szczególnie we Francji i Anglii. Do tej sławy przyczyniły się niewątpliwie okoliczności wydania powieści – Clark napisał pierwszą cześć „Merde” w ramach hobby, po czym wydał samodzielnie 200 sztuk książki, z zamiarem rozdania jej przyjaciołom. Resztę postanowił sprzedać na specjalnie w tym celu stworzonej stronce www. I tu zadziałał typowy marketing szeptany – ludzie zaczęli o powieści mówić, co w konsekwencji sprawiło, że coraz więcej osób chciało ją przeczytać, a biedny Clark musiał „dodrukowywać” kolejne egzemplarze. Po osiągnięciu pułapu 2000 sztuk, pewna firma wydawnicza złożyła mu intratną propozycję i reszty możemy się już domyślić.

Na początku lektury, byłam pewna, że oto znalazłam idealną książkę w swojej konwencji – pierwsza część (powieść podzielona jest na 8 krótkich części) zaczarowała mnie swoim humorem, atmosferą i bohaterami. Oto właśnie poznajemy Paul’a West’a, który wraz ze swoją francuską dziewczyną Florence przemierza południowe rejony Francji. Gorące lato, wypadek samochodowy, przymusowy pobyt u prawie – teściowej, wiejskie plenery, dziwne zwyczaje miejscowych, które kręcą się głównie wokół poszukiwania pretekstu do wypicia kolejnej szklanki wina i  nacierające zewsząd cukinie – tak oto Clarke wprowadza nas w nastrój zapowiadającej się świetnie powieści. Paul musi się wszakże dogadywać z dość ekscentryczną rodziną swojej dziewczyny, harować przy domu, wykonując przedziwne prace ogrodnicze i zmagać się ze swoim rozszalałym libido. Po nieumyślnym zamachu na swoją teściową, którą mężczyzna częstuje herbatką z mydlin, para przenosi się na wyspę Ars, gdzie z kolei musi dzielić domek letniskowy z nieobliczalnym „papa” Florence, którego temperament jest wybuchowy, chęć do picia ogromna, a libido jeszcze większe niż Paul’a.

I tu właśnie, na malowniczej wyspie Ars, coś zaczyna się psuć – nie u Paul’a – bo u niego „coś” psuje się cały czas – ale u Clarke’a. Możliwe, że to tylko moje osobiste odczucie, ale miałam wrażenie, że autor zaczyna tracić lekkość pióra, dowcipy stają się coraz bardziej schematyczne, a sytuacje przewidywalne. Z niecierpliwością więc czekałam na moment, gdy Clarke przeniesie swojego bohatera do Paryża, gdzie Paul rozpocznie prace budowlane nad swoją herbaciarnią – w końcu remont i biznes to jedne z najlepszych sytuacji wyjściowych do budowania komizmu sytuacyjnego. I niestety – zawiodłam się, jak mało kiedy. Dopiero w stolicy Francji książka staje się naprawdę bezbarwna, a treść rozwodniona. Gwoździem do trumny jest wprowadzenie do akcji Aleksy, byłej dziewczyny West’a, której pojawienie się prowokuje bardzo słaby i nudny wątek miłosny. Od około 150 strony, dryfowałam więc na bezkresnym oceanie znużenia, z nadzieją wypatrując jakiejś egzotycznej wyspy, czyli ciekawego zwrotu akcji. I niestety, do niczego ciekawego nie dopłynęłam. Oczywiście, zdarzały się jeszcze w powieści momenty, gdzie Clarke wzniecał iskrę błyskotliwego humoru, niestety iskry te, nie rozpaliły akcji na tyle, bym mogła ocenić tą książkę pozytywnie. Czuję, że był tutaj spory potencjał, a autor ma talent do humorystycznej prozy, ale niestety – jak dla mnie, to za mało.

Spotkałam się już wcześniej z opiniami, że druga część cyklu jest słabsza od pierwszej. Oby tak było, bo podekscytowana pierwszymi 70 stronami, zamówiłam już „Merde! Rok w Paryżu!”.  Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko przeczytać pierwsze dzieło Clarka i mieć nadzieję, że recenzenci się nie mylili.

Podziel się na:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Google Buzz
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Skomentowano 7 razy

  1. picturepunk pisze:

    Słuchałem części tej książki, kiedy była nadawana w radiowej Trójce. Żadną miarą, ani na sekundę mnie do siebie to „dzieło” nie przekonało. Nie wiem, czy to kwestia interpretacji, czy treści, ale po prostu – jestem na nie ;)

  2. Kasia Okupska Kasia Okupska pisze:

    Z tego co pamiętam to chyba kiedyś przeczytałam pierwszą część tej książki. Ale nie zrobiła na mnie za dużego wrażenia, skoro tylko kojarzę, że się z nią zetknęłam. Taka lekka i przyjemna, nie zmuszająca do refleksji.

  3. Marek Bonarski pisze:

    „Merde” zyskało we Francji szlachetną patynę, gdy pewien generał, Piotruś Cambronne pod Waterloo na propozycje Anglików w temacie poddania się, rzucił im owo słowo w twarz. Później historia udając cnotę „przetłumaczyła” owo słynne „Merde!” jako – „Gwardia umiera, ale się nie poddaje!”.

    Merde, historia to ladacznica :P

  4. Marika Marika pisze:

    Zbieram się i zbieram z zakupem, a następnie przeczytaniem tej książki, a czasu wciąż brak. Pamiętam, spotkałam pewnego razu przeuroczego pana w średnim wieku, z którym przyszło mi dzielić muzyczne obowiązki na pewnym weselu. Jest on wielkim wielbicielem Francji – od win począwszy, na kobietach skończywszy (a co!). Do dziś szumi mi w uszach jego entuzjastyczna opowieść o serii „Merde!”, nad którą się wprost rozpływał.
    Od tamtego czasu o rzeczy tej trochę zapomniałaś, ale teraz myśl o przeczytaniu książki znów wróciła, dzięki Tobie, Aniu. Latem nadrabiam zaległości i zapoznaję się z dziełkiem Clarke’a!

  5. Marta Wieszczycka Marta Wieszczycka pisze:

    Czytałam już jakiś czas temu obie książki i „Rok w Paryżu” i „W rzeczy samej”
    i przyznam, że książeczki zabawne (szczególnie jeśli ktoś ma/miał kontakty z Francuzami), aczkolwiek pierwsza część „Rok w Paryżu” jest zabawna bardziej.

  6. efowski efowski pisze:

    Jak ktoś tam powyżej słuchałem tej książki w Trójce i również mi nie podeszła.

  7. annamotreanu annamotreanu pisze:

    Kilka dni temu dostałam pierwszą część „Merde” i mam nadzieję, że będzie lepiej. O czym nie omieszkam poinformować w nowej recenzji :)

Skomentuj